mały gest

mały gest


Mamy grudzień, oznacza to, że już za chwilę święta. Jeśli mowa o świętach to i o prezentach, a je lepiej przemyśleć odpowiednią przed wigilią, żeby potem nie latać dzień przed i nie kupować byleby było.  



Prezenty to jak dla mnie bardzo wrażliwy temat. Jako miłośniczka bezodpadowego życia ucieszyłabym się najbardziej z takich prezentów jak wyjście do spa na masaż lub słoik herbaty sypanej. Dobrze znam jednak osoby ze swojego otoczenia i wiem, że taki prezent, który wymaga wyjście ze swojej sfery komfortu będzie dla kogoś bardziej kłopotliwe niż przyjemne. Rok temu próbowałam podarować „wspólnie spędzony czas” ale jakoś druga strona nie odebrała tego jako świąteczny prezent.

Z drugiej strony kiedy rodzina pyta mnie co chcę, a ja odpowiadam „wszystko mam” to zaraz jest jakieś pomrukiwanie, że jak to tak, że przecież na pewno chce jakieś rzeczy. Upieranie się i odbieranie komuś przyjemności z dawania prezentu jest gburowate i po co psuć sobie i innym krew na święta? Chciałabym więc podać kilka prezentów, które mogą sprawić radość miłośnikom bezodpadowego życia jak i tradycjonalistom, co to lubią mieć tą konkretną rzecz.

1.      Jeśli w rodzinie macie miłośników zwierząt to zachęcam do adopcji. HA! I niech wam tylko nie przyjdzie do głowy adopcja psa lub kota ze schroniska – zwierzak zabawką nie jest. Możecie natomiast symbolicznie adoptować na prezent takie stworzenia jak: foka, tygrys, niedźwiedź, ryś, wilk, morświn. Przekazana darowizna poprawi ich los. Można wpłacić kwotę comiesięczną w wysokości 40 zł lub jednorazową w wysokości 100 zł, 75 zł lub 50 zł. Nieważne jaką kwotę wpłacicie, otrzymacie certyfikat adopcyjny dla bliskiej osoby. Jeśli więc wszystko macie, a bliscy bardzo wam chcą coś podarować to może taka symboliczna adopcja zadowoli i Was i osoby, które będą Was obdarowywać. SYMBOLICZNA ADOPCJA KLIK

2.       Można również zrobić prezent komuś kogo nie znamy i oddać krew. Jedno małe ukłucie (nic nie boli) a może uratować komuś życie. Może warto zabrać kogoś nam bliskiego jak przyjaciela i razem zrobić coś dobrego. Taki drobny i darmowy prezent na Mikołaja. W zamian za chwilę poświęconego czasu dostaniemy opakowanie czekolad. Taka miła nagroda za zrobienie czegoś dobrego.

3.       Podaruj wigilię. Może nam się wydawać straszne i nieprawdopodobne, że są na świecie starsi, którzy nie mają z kim przełamać się opłatkiem w święta, a jednak. Mali Braci Ubogich co roku organizują zbiórkę dla swoich podopiecznych. PODARUJ WIGILIE KLIK 


  
4.       Coś co spełni wymagania i wielkich fanów materialnych prezentów jak i tych, którzy wolą podarunki od serca. Jeśli chcecie wspomóc Fundacje Rodzin Adopcyjnych możecie zakupić w czyimś imieniu bransoletkę Ence Pence, z której dochód wspomoże fundacje. BRANSOLETKA ENCE PENCE KLIK


Oczywiście pamiętajcie, że prezent musi być odpowiednio dobrany do człowieka. Jednemu sprawi radość dostanie biletów do kina lub teatru, a dla innych będzie to naruszenie strefy komfortu. Wszyscy chyba znamy takich ludzi, którzy nie lubią niespodzianek i narzucony termin wyjścia będzie dla nich czymś problematycznym (a to nie pasuje, tutaj dużo pracy, a to nie mam co na siebie włożyć … i masa innych wymówek).

Przed świętami jest bardzo dużo akcji charytatywnych, które polegają na kupieniu czegoś z czego dochód będzie przeznaczony na sprawianiu, że świat stanie się odrobinę lepszy. Wymienione przeze mnie przykłady nie są całkowicie zero waste, ale łączą się z pomaganiem i mogą sprawić radość takim tradycjonalistom dla których prezent musi być pod choinką.

Jak jest z prezentami u Was? Większość to tradycjonaliści czy miłośnicy prezentów niematerialnych?


FUTRO NIE MA JUTRA

FUTRO NIE MA JUTRA


Stałam z wolontariuszami na starówce w Gdańsku. Wszyscy trzymaliśmy transparenty i zachęcaliśmy przechodniów do podpisania petycji o zakazie ferm futrzarskich. Trafiła mi się akurat rola modelki – paradowałam w sztucznym futrze, na którym było napisane ile zwierząt musi zginąć, żeby zostało wyprodukowane jedno futro.



W tłumie wyłapuję różnych ludzi, większość popiera zakaz i podpisuje petycję, ale są i czarne owce. Jedna damulka nawet nie raczy spojrzeć w moją stronę i kurczowo trzymając się męża, burczy pod nosem: „Plastikowe futro? Fu!”. Pół godziny później inny cwaniak krzyczy, że „Sztuczne futra są bardziej szkodliwe dla środowiska” i znowu jakaś Pani dla której to „wszystko obojętnie”.  

Właśnie wtedy odbiera mi siły. Stoję bezczynnie i patrzę jak Ci ludzie odchodzą. Ciekawi mnie tylko jak Oni są w stanie przemieszczać się z punktu A do B  skoro widzą jedynie czubek własnego nosa.

Większość ludzi jednak popiera zakaz. Na pierwsze miejsce wychodzi najzwyklejsza w świecie empatia. Po co zabijać zwierzęta na ubrania? Moda nie jest tego warta, a fermy futrzarskie nie przynoszą nam więcej szkód jak korzyści.

Kiedy rozmawiałam ze znajomymi wiele osób było zdziwionych, że w naszym kraju w ogóle istnieje coś takiego jak ferma zwierząt futerkowych. To wydaję się takie nierealne. Może w bajkach gdzie czarnego bohatera odgrywa Cruella de Mon, ale nie u nas! A jednak, fermy są obok nas. W Polsce istnieje ponad 700 zalegalizowanych ferm futrzarskich. Najwięcej znajduje się w województwie zachodniopomorskim i pomorskim. Nie ma co mówić, stacjonarnie w naszych centrach handlowych znajdziemy niewiele sklepów, które w ofercie mają prawdziwe futra. Sklepy te jednak (tak mi się przynajmniej wydaje) nie cieszą się dużą popularnością. Po pierwsze cena, po drugie … to odrażające.



Pamiętam jeszcze jak będąc małym dzieciakiem wracałam do domu z jakiegoś osiedlowego sklepiku. Przede mną szła starsza Pani w zielonym płaszczu i szalikiem… lisem z głową, łapkami i ogonem. To było tak dawno temu, a pamiętam do dzisiaj jak złe wrażenie zrobiła na mnie ta kobieta. Nie jestem w stanie zrozumieć jak może się komuś podobać coś tak odrażającego. Pewnie teraz komu „to wszystko obojętne” powie mi, że przecież takie futra to są całkiem ładne. Więc postaram się wytłumaczyć dlaczego coś powierzchownie ładnego to za mało, żeby godzić się na fermy futrzarskie.

W Polsce zabija się rocznie 10 milionów zwierząt futerkowych. Norki amerykańskie, szynszyle, lisy. Futrzaki zabija się poprzez zagazowanie, uszkodzenie mechaniczne głowy lub porażenie prądem. Na największą skalę zabija się norki amerykańskie – 8 milionów rocznie.

Te wszystkie zwierzęta to żyjące i czujące istoty, które muszą spełnić swoje podstawowe potrzeby. Taka norka, w naturalnych warunkach wybiera tereny często blisko jezior i rzek, nic dziwnego, są świetnymi pływakami (potrafią wstrzymać powietrze do 1 minuty). Jako drapieżniki polują najczęściej na ryby. Lis rudy łączy się ze swoją partnerką na okres godowy. Nie pozostawia jej jednak aż do odchowania młodych. Kiedy samica zostaje z małymi, samiec poluje  w celu zapewnienia pożywienia swojej rodzinie. Jeśli matka zginie, ojciec przejmuje opiekę nad młodymi? Czy to nie jest przecudowne? Zwierzęta mają wobec siebie więcej empatii niż nie jeden człowiek. Pytanie tylko brzmi, jak zwierzęta mają realizować swoje podstawowe instynkty kiedy przetrzymuje je się w małych klatkach? Norka ma do dyspozycji 0,21 m^2, a lis 0,54 m^2. Dlaczego zwierzęta są przetrzymywane w tak tragicznych warunkach? To bardzo proste, hodowcom opłaca się to dużo bardziej. Poprawienie warunków bytowania zwierząt i zapewnienie im możliwości spełniania podstawowych instynktów naraża hodowców na za duże koszty.



Po rozum do głowy poszły już takie kraje jak: Wielka Brytania, Austria, Bośnia i Hercegowina, Holandia, Słowacja, Niemcy i Czechy. Te kraje zakazały ferm futrzarskich, tylko My jeszcze tacy staroświeccy i mało postępowi. Wstyd trochę mi za to, że Nasz kraj wyraża na to zgodę i uparcie trzyma się tak barbarzyńskiego modelu zarabiania.

Fermy również zagrażają naszemu zdrowiu. Jak pisałam wcześniej te biedne futrzaki nie mają możliwości spełniania swoich podstawowych instynktów, kiedy są zamknięte w małych klatkach. Oznacza to również, że załatwiają się w klatce. Na jednej fermie ilość odchodów i wydzielających się z nich zarazków do powietrza z całą pewnością szkodzą tym, którzy są zmuszeni mieszkać obok ferm. Te szkodliwe substancje z łatwością przedostają się do wód i gleb.

Ah, no tak! Sztuczne futra są mniej ekologiczne. Po pierwsze, nikt nie zachęca do kupowania sztucznych futer, po drugie to całe naturalne futro trzeba jakoś utrwalić… chemią. Czy to sprawia, że futro zerwane z gryzoni i drapieżników jest bardziej ekologiczne? Nie wydaje mi się.

Wchodząc na stronę Polskiego Związku Hodowców i Producentów zwierząt futerkowych mam ochotę płakać, kiedy widzę takie puste frazesy jak „ochrona i dbałość”, „opieka i bezpieczeństwo”, a do tego zdjęcia zadbanych i zdrowych zwierząt futerkowych. O tym jak jest naprawdę udowodnili już wolontariusze Otwartych Klatek z interwencji, w której udokumentowali zdjęcia przedstawiające prawdę o fermach. Nie bądźmy naiwni, opieka nad jednym zwierzakiem bywa ciężka, nie możliwe jest zapewnić dobrostanu dla tysięcy lub setek tysięcy futrzaków przetrzymywanych na fermie. Jakiekolwiek inspektor weterynaryjny nie będzie w stanie sprawdzić stanu zdrowia każdego zwierzaka z osobna. Nie ma na to czasu, liczą się tylko pieniądze.

Ten post napisałam w oparciu o artykuły zawarte na stronie www.jutrobedziefutro.pl
Zachęcam również do przeczytania: raport NIK o fermach z 2011 r.otwarte klatki
 Podpisz petycję ! ---> petycja <---

Karp też czuje



Święta Bożego Narodzenia to czas radości i miłości. Zasiadamy przy wigilijnym stole z rodziną, cieszymy się swoim towarzystwem, obdarowujemy siebie prezentami i jemy potrawy, na które czekaliśmy cały rok.
 Tradycyjnie w większości domów króluje karp. Zanim jednak został upieczony i zrobiony według tradycyjnego przepisu pani domu, jego historia odbiegała całkowicie od zasad miłosierdzia.

żródło: www.krwaweswieta.pl

Wszystko zaczyna się kilka dni przed świętami. Ryby zostają przetransportowane do wybranych sklepów, w których wrzuca się je do basenu, gdzie mają oczekiwać na swój nowy dom. Ustawa o ochronie praw zwierząt mówi jasno Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę (art.1.1). Pierwsza i najważniejsza zasada, która w wypadku karpi jest nagminnie łamana. Jak tu mówić o poszanowaniu zwierząt, kiedy dziesiątki ryb tłoczy się w małym basenie z brudną wodą? (zasady sprzedaży żywych karpi wymagają wymiany wody minimum co 48h). Zwierzęta często poranione i zestresowane obecną sytuacją odczuwają ogromny ból fizyczny jak i psychiczny. Co jest kolejnym złamaniem prawa przez wielkie dyskonty, gdyż: Każde zwierzę wymaga humanitarnego traktowani (art.5). I jak tu mówić o humanitarnym traktowaniu, kiedy w XXI wieku, ryba wyławiana prosto z basenu, trafia do foliowej siatki, która często jest jeszcze zawiązana na supełek, żeby to nie ochlapać kupującego. Tutaj trzeba zwrócić uwagę na artykuł, który zakazuje transportu żywych ryb lub ich przetrzymywania w celu sprzedaży bez dostatecznej ilości wody uniemożliwiającej oddychanie (art.6.1.18).

żródło: www.krwaweswieta.pl

Prawdziwe piekło jednak zaczyna się w domowej rzeźni. Rybka trafia do wanny, a tam pozostaje jej czekać tylko na najgorsze. Na niedoświadczonego w uboju pana domu, który zamiast ogłuszyć ofiarę jednym sprawnym uderzeniem, będzie walić ją młotkiem tak długo, aż ta dopiero po wielu bolesnych ciosach straci przytomność. Jeśli uda jej się wykrwawić, to jej cierpienie jest zakończone, ale w najgorszym wypadku ryby, które się nie wykrwawiły, budzą się podczas oczyszczania ich z łusek. Ich piekło trwa dalej. A przecież uśmiercanie zwierząt może odbywać się wyłącznie w sposób humanitarny polegający na zadawaniu przy tym minimum cierpienia fizycznego i psychicznego (art.33.1a). Jednak w zaciszu domowego piekła nikt nie zweryfikuje poczynań pana domu. Nikt go nie ukarze za brak doświadczenia w humanitarnym zabijaniu, bo gdyby można było to zweryfikować to podlegałby grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 (art.35.1a).

A potem pozostaje tylko śpiewanie kolęd, wybaczaniu sobie drobnych zgrzytów i rodzinnych nieporozumień i spożyciu naszego biednego karpia.

Będąc w okresie świątecznym w wielu hipermarketach, często widzę w jakich warunkach przetrzymywane są karpie. Ryb jest zdecydowanie za dużo w basenie przez co często muszą ocierać się o siebie i nie mają przestrzeni. Woda w basenie często jest brudna, a nawet jako dziecko, widywałam w basenach z karpiami spora ilość krwi. Oznacza to, że zranionym rybom, zamiast ukrócić tego cierpienia (przez szybką i humanitarną śmierć zadana przez wykwalifikowanego pracownika), pozostawia się je cierpiące w basenie z nadzieją, że ktoś je kupi. Najgorszy dla mnie jednak jest transport ryb ze sklepu do domu. Karpie należy transportować albo w zbiorniku wodnym, które pozwoli im przyjąć naturalną pozycję (z odpowiednią temperaturą), albo w pojemniku, który nie może przylegać do ciała (metoda pojemnika nie jest jednak idealna, można o tym przeczytać w punkcie dwunastym na stronie krwawych świąt). Najczęstszą jednak praktyką, widywaną w sklepach, jest foliowa reklamówka.  

Patrząc na to wszystko, odnoszę wrażenie, że święta mają niewiele wspólnego z miłosierdziem.
Dlatego tak ważne jest, aby nie wspierać tego typu okrutnych praktyk. Właśnie teraz, przed okresem świątecznym takie organizacje jak viva i otwarte klatki, przypominają o krwawych świętach. Ruszyła również instagramowa akcja, która polega na wykonaniu sobie zdjęcia z #tescowycofajkarpie, #carrefourwycofajkarpie lub #e.leclercwycofajkarpie itd. Nie zapomnijcie oznaczyć w poście wybranych sklepów. Zachęcam również do podpisania petycji


 Chcesz wiedzieć jak możesz pomóc? Wejdź tutaj !

Źródło:
Ustawa z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie praw zwierząt.


W PKP bez śmieci

W PKP bez śmieci



 Wydrukowany bilet w kieszeni, herbata w kubku i jakieś paczkowane przekąski na drogę. Tak mniej więcej wygląda każdy zestaw podróżnika. Ilość przekąsek jest oczywiście zależna od długości jazdy. Dłuższa jazda zawsze równa się większej ilości jedzenia.

Kanapka zapakowana w ręcznik kuchenny, herbatka w termosie i owocki. Tak można podróżować ;) 


Dzisiaj o tym jak przemieścić się z punktu A do B i nie wyprodukować przy tym śmieci.
Zamiast stać w kolejce i czekać na zakup biletu, można kupić go wcześniej przez Internet. W trakcie kontroli wystarczy pokazać bilet na telefonie i to wszystko. Omijasz niewygodne kolejki i stres ze spóźnieniem się na pociąg. Bilet można zawsze mieć w formie elektronicznej z wyjątkiem podróży kuszetką. PKP w tym przypadku wymaga wydruku biletu.

Zrezygnuj z małej kawki czy herbatki w bufecie PKP. Po co płacić za taką kruszynkę, skoro można przynieść napój we własnym kubku termicznym. Do tego nie wyprodukujesz kolejnego problematycznego śmiecia. O tym dlaczego papierowe kubki nie są ekologiczne pisałam tutaj.

Żarełko na drogę przygotuj w domu. W sklepie kupisz same paczkowane przekąski, a po co? Skoro w domu możesz zrobić coś bardziej sytego i zdrowszego. Zamiast papieru śniadaniowego, kanapkę można zawinąć w kawałek czystego materiału lub schować do pudełka. Ja na drogę biorę ze sobą jeszcze owoce.

Zabierz również butelkę z wodą filtrowaną lub kranówką (według gustu) i voila! Udało się przeżyć bez produkcji zbędnych śmieci.

Z DRUGIEJ RĘKI

Z DRUGIEJ RĘKI


Będąc w gimnazjum miałam koleżankę, która od pierwszej klasy zawsze ubierała się nienagannie i modnie. Bardzo to w niej podziwiałam. Ja zmysłu stylu nigdy nie miałam i raczej mieć nie będę bo we wszystkich modowych nowinkach jest mi się ciężko połapać, ale moja koleżanka to całkiem inna sprawa. Pamiętam do dzisiaj, kiedy spytałam jej skąd bierze tak ładne ubrania, przecież te wszystkie kreacje muszą być bardzo drogie. Dowiedziałam się, że w weekendy chodzi z koleżankami po ciucholandach i kupują sobie coś zawsze po taniości. W tym samym tygodniu zaciągnęłam swoją przyjaciółkę do lumpeksu w poszukiwaniu czegoś WOW.



              Było się ciężko przekonać, wiele ubrań wyglądało jak wyjęte psu z gardła. Zmechacone, poplamione, brudne i ogólnie fuj. Wszystko jakoś tak mnie zniechęciło i nie miałam ochoty przeglądać wszystkiego po kolei. Zmusiłam się jednak i przełamałam swoje negatywne nastawienie. Tak znalazłam biały sweter, który absolutnie nie przepuszczał tlenu. Równie dobrze mogłabym się obwinąć folią spożywczą, ale ze swojego zakupu byłam wyjątkowo dumna. Zaczęłyśmy z przyjaciółką chodzić częściej i częściej po ciucholandach, wyszukując co chwile jakiś nowych sklepów. Po pewnym czasie zaczynałam wyłapywać coraz to lepsze perełki. Taki sentyment od lumpeksów pozostał do dzisiaj.

Ubrania w sieciówkach mają ogromną wadę. Po pierwsze, odnoszę wrażenie, że w każdym sklepie jest to samo, a potem wszyscy wyglądają tak samo. Nasza odzież upolowana w ciucholandach gwarantuje zawsze jakąś większa oryginalność i co może wydawać się śmieszne, zapewni większą świeżość w naszej garderobie.

Kupując ubrania z drugiej ręki, kupujemy etycznie. Jak wyglądają warunki pracy osób, które szyją dla sieciówkowych kolosów nie jest wielką tajemnicą. Można to zobaczyć w dokumencie true cost, który pokazuje jakim kosztem produkowane są ubrania dla największych sklepów odzieżowych. Myślę, że żadna cena, żadna bluzka czy spodnie nie są warte wspierania wyzysku.

Wybierając ubrania z drugiej ręki można sporo zaoszczędzić. Zwłaszcza kiedy szukamy czegoś specjalnie na konkretną okazję i nie chcemy wydawać miliona moment na sukienkę, która będzie potem leżeć w szafie i czekać na drugą okazję. Można kupić coś pięknego i taniego, co nie obciąży naszego budżetu.

Dając ubraniom drugie życie, kupując lub sprzedając, nie przyczyniamy się do rosnącej góry tekstyliów na wysypisku śmieci. Więcej na temat temat pisałam tutaj. 

Jeśli jednak z jakiegoś powodu kupowanie w lumpeksach nadal jest dla Was czymś nie do przeskoczenia, zawsze można zdecydować się na ubrania z szafy kogoś znajomego 😉 Wymiany odzieżowe między znajomymi stają się coraz bardziej popularne. Ja sama jak mam coś czego nie noszę oddaję przyjaciółkom i w drugą stronę chętnie przygarniam coś co z jakiegoś powodu już im się nie podoba, a mi bardzo. W ten sposób zgarnęłam już kilka par spodni, dając im drugie życie.

Za nim kupimy coś w sklepie odzieżowym, można przejrzeć strony internetowe takie jak olx albo vinted. Może akurat, ktoś ma do sprzedania coś w dobrym stanie i w o wiele niższej cenie niż w sklepie.
A Wy kupujecie w kumpeksach?

GLOV

GLOV



Nie jestem wielką fanką robienia makijażu. W mojej kosmetyczce zalega wiele wiekowych ale jeszcze przydatnych kosmetyków. Postanowiłam więc wyczerpać moje zapasy do końca. Wolę wyrzucić puste opakowania (po kosmetykach sprzed ery ZW) niż wyrzucić ze skamieniałą zawartością, a to dopiero byłoby marnotrawstwo. Wcześniej malowałam się wyłącznie okazjonalnie, a makijaż zmywałam płatkiem kosmetycznym i płynem miceralnym. Kiedy zainteresowałam się ZW zaczęłam kombinować coś z wielorazowymi płatkami, ale wyszło jeszcze gorzej. Najpierw spróbowałam zrobić wielorazówki ze starego, bawełnianej bluzki. Nie mam zbytnio zdolności manualnych więc zamiast idealnie okrągłych wacików, zafundowałam sobie, postrzępione wielokąty. Wacik wchłaniał cały płyn i końcem końców zamiast zmyć makijaż to rozmazywałam go sobie po całej twarzy. Później spróbowałam zrobić podobne ustrojstwo z tetry. Zakupiłam nową pieluszkę w Pepco za około 2 zł. Pocięłam na mniejsze kwadraty, a następnie zszyłam ze sobą w elegancki kształt pierożka. Tetra sprawdziła się dużo lepiej. Płatki zmywały mój makijaż, a do tego peelingowały buzię (co nie było pożądanym efektem). Był z nimi tylko jeden problem. Za nim zrobiłam pranie, zdążyło mi się uzbierać sporo brudnych egzemplarzy. Makijaż zasychał na nich i było ciężej doprać, a wrzucenie takiego pojedynczego płatka do prania mijało się z celem. Myślałam, że może mogłabym doprać to ręcznie po każdym użyciu, ale nie. Rozmazanej kolorówki nie dało się ręcznie usunąć.




Porzuciłam na jakiś czas te ekologiczne wymysły i powróciłam do zwykłych płatków, które generowały kolejne śmieci na świecie. W końcu napotkałam w Rossmanie rękawiczkę do demakijażu od GLOV. Cena wydała mi się całkiem zawrotna jak na studencki budżet. Więc przez kilka miesięcy podchodziłam do niej jak pies do jeża. Niby chciałam kupić i spróbować, ale zawsze się rozmyślałam. Kiedy przeprowadziłam się do innego miasta postanowiłam, że w nagrodę za odwagę (samodzielną wyprowadzkę do obcego mi miasta) kupię sobie taką rękawiczkę. To był najlepszy zero westowy wybór na świecie!

Nie ze wszystkich tych ZW rozwiązań jestem zadowolona w stu procentach (chociażby taki kubeczek menstruacyjny, który z całą pewnością nie skradł mojego serca). Ale rękawiczka do demakijażu jest naprawdę rewelacyjna! Jej największą zaletą jest to, że po użyciu można ją doczyścić samym mydłem i odstawić do wyschnięcia. Jest to ogromny plus, bo brudna nie zalega w koszu na pranie, tylko można ją użyć od razu następnego dnia. Zacznę jednak od początku.

GLOV jest polską firmą, która wprowadziła na rynek rękawiczki do demakijażu. Pakowane są w papier, a sama rękawiczka opakowana jest jeszcze w plastikowy woreczek. Ten woreczek jest przeznaczony do wielokrotnego używania. Przydaje się w sytuacjach, w których jesteśmy na przykład w podroży i trzeba gdzieś zapakować jeszcze wilgotną rękawiczkę. W tej sytuacji naprawdę nie ma co psioczyć na jakiś dodatek plastiku, bo jest on naprawdę pomocny. To wszystko, papierowe opakowanie wylądowało w koszu na makulaturę, a rękawiczką mogę się cieszyć przez długi, długi czas. Codziennie wieczorem przed prysznicem, namaczam rękawiczkę pod bieżącą wodą (nie dodaję już żadnego płynu, wystarczy sama woda i rękawiczka, to wszystko!) i okrężnymi ruchami zmywam z siebie pozostałości po całym dniu. Następnie ubrudzoną rękawiczkę namydlam, a pianę zmywam. Na materiale nie pozostaje żaden brud. Odwieszam na haczyk i następnego dnia używam ponownie.
Ten produkt ma wiele zalet!

Rękawiczka w komplecie z pokrowcem ;)


Na początku cena wydawała mi się przewrotna, ale teraz kiedy pomyślę ile musiałabym wydawać przez rok na waciki i płyny do demakijażu, to wydanie jednorazowo 40 złotych nie jest takie straszne. Co najważniejsze również dla minimalistów to oszczędność miejsca. Niby to tylko waciki i jedna małą buteleczka płynu, ale to zawsze jakieś duperele, które gdzieś przeszkadzają i zabierają wolną przestrzeń. Skoro można to wszystko zastąpić jedną małą i bardzo przydatną rękawiczką to czemu nie? Przyznam z ręką na sercu, że to cudeńko jedyny wielorazowy produkt, który dla mnie nie ma wad.

A Wy już macie swoją GLOV?



Copyright © 2014 jak i mak , Blogger