O byciu inspiracją

O byciu inspiracją



Wczoraj w Gdańsku miał miejsce pewien performens (nie umiem na to znaleźć odpowiedniejszego słowa). Na środku stało trzech mężczyzn, którzy trzymali zdjęcia zabitego wcześniaka. Z głośników leciały hasła antyaborcyjne. Zastanawia mnie, co takim zachowaniem Panowie chcieli osiągnąć. Bo jeśli mam być szczera to przechodzień, który nie jest zainteresowany daną tematyką nie zmieni diametralnie swojego światopoglądu i całą akcje oleje, brzydko mówiąc, ciepłym moczem. Osoby, które popierają aborcje co najwyżej to zdenerwuje, ale z całą pewnością nie sprawi, że zmienią zdanie. Nie wiem jak Wy, ale na mnie tego typu przedstawienia nie oddziałują w ogóle.


Internet jest pełen inspirujących osób ;) Na ekranie podcast Karoliny Sobańskiej z dziewczynami z V-magu.


Od czterech lat nie jem mięsa. Gdybym pięć lat temu, kiedy byłam na diecie tradycyjnej zobaczyła grupkę ludzi wymachujących przed moim nosem zdjęciami z zamordowanymi zwierzętami, którzy krzyczą, że każdy kto je schabowego jest mordercą, co najwyżej popukałabym się w czoło. A nawet więcej! Zniechęciłoby mnie to do szukania informacji na temat wpływu przetworzonego mięsa na zdrowie i sposobu traktowania zwierząt hodowlanych. Dopiero zgłębianie mojej wiedzy na temat, który mnie zainteresował sprawił, że zmieniłam swoje poglądy na pewne kwestie, a tym samym zmieniłam sama siebie.

Tak samo sprawa się ma z ochroną środowiska. Kto z Was kilka lat temu uważał, że ekologią zajmują się tylko ekoświry i wariaci? Tematu ekologii unikałam zawsze jak ognia. Z jednej strony była to dla mnie bardzo trudna tematyka, ściśle naukowa, której nie potrafiłam zrozumieć. Z drugiej strony w mediach widziałam tylko ekoterrorystów, wysadzających budowle w celu dla mnie całkowicie niezrozumiałym. Jak nie w mediach to gdzieś na ulicy pojawiał się raz na jakiś czas ktoś bez butów, w długich szatach z lnu, zachęcający do rozmawiania ze zwierzętami i pytania roślin o pozwolenie na  ich zjedzenie.

Nie zmieniłam swojego życia dlatego, że ktoś na mnie krzyczał i mnie wyzywał. Zmieniłam swoje życie dzięki pewnym impulsom, które zachęciły mnie do zgłębiania informacji. Podczas szukania odpowiednich źródeł i dowodów poznawałam inspirujących ludzi.

Jak wiecie (a jeśli nie wiecie to klik) moja przygoda z ograniczaniem śmieci zaczęła się od reklamy WWF, w której występował Marcin Dorociński. Z tej reklamy dowiedziałam się o Bea Johnoson, a dalej zaczęłam szukać polskich przedstawicielek tego nurtu. Tak trafiłam na bloga ograniczamsie i prostemiasta. Dziewczyny, które w swoich postach zamiast krzyczeć i narzekać jaki to świat jest straszny, inspirowały. To właśnie dzięki Nim zaczęłam robić zakupy do własnych woreczków, interesować się naturalnymi kosmetykami i pokonałam strach przed tym co ludzie powiedzą.

Im więcej czytałam o ochronie środowiska, tym bardziej przekonywałam się do diety roślinnej. Przed dietą roślinną też uciekałam wiele lat, bo większość wegan jakich poznałam na swojej drodze zniechęcało mnie do takiego stylu życia. Na szczęście i tutaj znalazłam dwa kanały na YT: Karolina Sobańska i EverydayHero. Ta dwójka youtuberów jest naprawdę niesamowita. Karolina przekonała mnie, że dieta roślinna może być naprawdę urozmaicona, a Orestes zafundował mi ogromną bazę informacji i źródeł. Dzięki temu, kiedy ktoś zapyta mnie dlaczego akurat taka dieta, jestem w stanie odpowiedzieć dużo inteligentniej niż yyy, bo mięso to morderstwo… i mam empatie, bulwo!

W pewnym momencie nasza wiedza na pewne tematy jest tak duża, że ciężko nam zrozumieć dlaczego inni postępują inaczej. Zdarza mi się czasem zirytować kiedy ktoś w pubie bierze słomkę, chociaż już z ta osobą rozmawiałam na temat ich szkodliwości. Zdarza mi się przewrócić oczami kiedy znajomi po raz setny tego samego dnia chcą iść do McDonalda lub uważają, że kurczak z ryżem to jedyne źródło białka. Czasami zrobię coś impulsywnie i często tego żałuję. Nie chcę zrażać ludzi do idei, które są dla mnie ważne. Chciałabym być inspiracją dla innych. Mam nadzieję, że pewnego dnia ktoś stwierdzi, że moje dania bezmięsne są  smaczne i zachęci go to do ograniczenia jego spożywania. Liczę, że pewnego dnia ktoś stwierdzi, że prowadzenie domu w duchu less waste jest naprawdę opłacalne i zmieni swoje nawyki. Ale jeśli nawet po kulturalnych rozmowach, ktoś nie będzie chciał zmian, ja chce to szanować, i nie męczyć kota w kółka i w kółko tym samym.

Gdyby Panowie z transparentem antyaborcyjnym trzymali informację o tym, że wspierają rodziny z chorymi dziećmi lub promują organizację, która pomaga ciężarnym kobietom w trudnych sytuacjach, nikogo by to nie drażniło. Więcej osób może zainteresowałoby się tą organizacją, może nawet kiedyś ktoś kto znalazłby się w tak trudnej sytuacji, otrzymałby od nich pomoc. Forma jaką Panowie wybrali jest możliwie najgorszym sposobem informowania ludzi, bo nikt nie zmieni swoich poglądów przez jedno zdjęcie. Nikt nie czuje, że są inne rozwiązania, że można otrzymać wparcie.
Gdyby więcej w telewizji pokazywać takich osób jak Bea i jej jeden słoik śmieci, więcej wegan częstowało pysznymi daniami roślinnymi zamiast wyzywać to może teraz świat wyglądałby inaczej.

My sami jesteśmy najlepszą reklamą tego w co wierzymy.

A kto dla Ciebie jest inspiracją?

O śmieciach w górach

O śmieciach w górach


Cały poprzedni tydzień spędziłam w górach, nocując w tatrzańskich schroniskach. W poprzednich latach nie zwracałam uwagi na jednorazowy plastik z jakim można się spotkać w schronisku. W tym roku jego nadmierna ilość raziła bardzo mocno po oczach.



              W schronisku przy zamówieniu śniadaniowym praktycznie każdy dodatek znajduję się w jednorazowym plastiku. Do dwóch kromek chleba dodawany jest zapakowane malutkie masełko, do frytek (które serwowane są na plastikowym talerzu) dodawany jest paczkowany keczup, miody i dżemy również w mini paczuszkach. Po czasie śniadanie każdego turysty wyglądało jak mały śmietnik. Piwo również zaczęto serwować w plastikowych kubeczkach. Jestem przekonana, że w ubiegłych latach podawano normalnie w kufle. Na moją prośbę Pani nalewała do szkła (nie licząc jednego razu). Ilość plastiku jest mocno frustrująca. Nie jestem przeciwnikiem plastikowych produktów, ale ten jednorazowy mnie ciut wpienia.

Takich małych pudełeczek po masłach, dżemach i miodach codziennie wyrzuca się setki.


              Całe szczęście w Tatrach ciężko znaleźć śmieci. Nad takimi popularnymi szlakami jak te na morskie oko śmieci jest zdecydowanie więcej. Wynika to jednak też z innego rodzaju odwiedzających. Miłośnicy gór, którzy pokonują ogromne kilometry, żeby wspiąć się na wysokie szczyty nie śmiecą tak intensywnie jak fani konnych bryczek, które podwiozą ich leniwe tyłki na górę (jest to moja subiektywna ocena, ale myślę, że coś w tym jest).

              Najwięcej śmieci jakie spotkałam na drodze to opakowania po cukierkach. Sądzę, że wiele z tych śmieci nie zostało wyrzuconych z premedytacją a raczej przypadkiem mogły gdzieś komuś umknąć. Raz tylko w drodze powrotnej z Trzydniowiańskiego Wierchu koleżanka znalazła opakowanie po żelkach i czekoladzie. Te opakowania były już na tyle sporawe, że tutaj raczej nic nie mogło sobie wylecieć. Zatrważająco dużo jest natomiast petów! Ja naprawdę podziwiam palaczy. Wchodząc na szczyt (z moją kondycją) ledwo łapie powietrze. A tu ktoś sobie jeszcze popala w drodze na górę. Palacze to w ogóle tacy cisi śmieciarze. Często po wypaleniu papierosa rzucają peta pod nogi. Denerwuje mnie to okrutnie. Idąc po mieście jednego peta można spotkać co dwa kroki, na przystankach autobusowych to już trzymają się w stadach. W górach się jednak tego nie spodziewałam. Niestety, górskie szlaki nie są wolne od papierosów. Naliczyłam około dwudziestu fajek w drodze do schroniska na Ornaku.

Schronisko na Hali Ornak.

Codziennie 5 - znalezione śmieci to najczęściej małe opakowania po słodyczach.


              Trzecim najpopularniejszym śmieciem jaki można spotkać w tatrach to papierzaki, fuj. Wiem, że podziwianie gór z pełnym pęcherzem jest ciężkie ale zlitujcie się. Górom nie jest potrzebna ozdoba w postaci osikanych chusteczek zawieszonych na paprociach i porzucanych przy szlakach. Odrażające.
              Schroniska na szczęście bardzo ułatwiają recykling! W każdym schronisku są wystawione pojemniki na metal, szkło, plastik, papier i inne. Wszystko jest bardzo czytelnie opisane.

            W porównaniu z plażami, tatrzańskie szlaki są dużo czystsze. Oczywiście, gdybym wędrowała sobie bez plecaka i skupiała się wyłącznie na wyszukiwaniu śmieci, znalazłabym ich zdecydowanie więcej. Nie spotkałam jednak z porzuconymi opakowaniami po dżemach, miodach i keczupach. Dzięki swojemu prowiantowi, który zabrałam ze sobą w drogę, udało mi się ograniczyć ogromną ilość śmieci. Jeśli jesteście ciekawi co ze sobą zabrałam zapraszam do przeczytania mojego poprzedniego postu.

            A jakie śmieci Was najbardziej denerwują na pieszych wędrówkach?  

narzekalski post

narzekalski post




Nikt nie lubi maruderów, ale czasami dobrze dać upust swoim negatywnym emocjom, zwłaszcza kiedy ilość irytujących rzeczy przekroczyła normę.


Swój narzekalski post jest o książce, którą zgarnęłam z bookcrossingu. Sztuka prostoty Dominique Loreau, to książka, która na pierwszy rzut oka mówi o minimalizmie. Składa się z trzech części. Pierwsza z nich dotyczy faktycznie minimalizmu. Autorka porusza tematykę materializmu i jego wpływu na człowieka, pokazuje zalety minimalizmu i przedstawia go w sposób, w jaki wcześniej go nie odbierałam. Dla mnie minimalizm to sztuka posiadania wyłącznie przydatnych rzeczy, które są nam niezbędne lub w pewien sposób nas uszczęśliwiają. Nigdy nie byłam wielką fanką zabawy w typu „Posiadaj maksymalnie sto rzeczy w swoim życiu” i na szczęście autorka nie opiera swojej książki na takim poglądzie.
W materializmie i minimalizmie porusza tematykę jakości. Według autorki książki posiadanie niewielkiej ilości rzeczy nie jest jeszcze minimalizmem. Aby móc cieszyć się z przedmiotów, którymi się otaczamy, muszą być one jakościowe dobre. Dominique Loreau zachęca do kupowania drogich i ekskluzywnych produktów, gdyż tylko takie posłużą nam przez wiele, wiele lat i będą cieszyć nasze oko. W książce można znaleźć wiele przykładów. Do moich ulubionych należy ten z sofą, w której autorka mówi, że lepiej poczekać i uzbierać na naszą wymarzoną sofę, niż kupić coś na już, co nam się nie podoba zbytnio, tylko dlatego, że było tańsze. Nie dość, że będziemy cały czas oglądać rzecz, której nie lubimy to możemy się jeszcze do niej przyzwyczaić. Jak dla mnie, przykład trafny w stu procentach. Wiele razy kupowałam coś, do czego nie byłam przekonana, tylko dlatego, żeby mieć już to za sobą.
Książka pokazała mi całkiem inne spojrzenie na minimalizm. Spojrzenie, które rozumiem i akceptuję i muszę przyznać, że pierwszą część czytało się bardzo dobrze, ale drugą i trzecią…
O Panie!
Już dawno nie trafiła w moje ręce książka, w której co stronę mówiłam sobie w głowie: o co tu chodzi? lub ała!
Druga część książki jest poświęcona naszemu ciału. Zaczyna się całkiem niewinnie. Pierwsze strony zachęcają do tego, żeby nie zapominać o sobie. Przypomina o tym, że powinnyśmy o siebie dbać i nie zaniedbywać nas samych na rzecz obowiązków (pracy, dzieci, męża, domu – czyli wszystkiego tego czego nie mam). I te pierwsze strony są naprawdę istotnym przypomnieniem, ale przechodzimy dalej.
I tutaj się zaczyna, bo autorka książki piszę, że tak samo jako nie lubimy patrzeć na zaniedbany dom, nie lubimy patrzeć na zaniedbanych ludzi. I może coś w tym jest, że piękno nas przyciąga, piękni ludzi przykuwają uwagę. Ale forma w jakiej to wszystko zostało opisane sprawiło, że na końcu tego rozdziału poczułam się jak prawdziwy kaszalot. A muszę wspomnieć, że nie mam problemów z samooceną, to jednak ta książka u osób, które borykają się z kompleksami może bardziej zaszkodzić niż pomóc.
Higiena jest ogromnie ważna, nie ma co tutaj tłumaczyć. Czytając jednak drugi rozdział odniosłam wrażenie, że autorka brzydzi się ciałem do tego stopnia, że gdyby mogła to czyściła by sobie nawet organy wewnętrzne. Zachęca ona bowiem do mycia gałek ocznych i wnętrza nosa, tak jak robili to ludzie Orientu. I może nie byłoby w tym nic złego, gdyby znowu nie forma opisu. Pomijając jednak anegdotkę o myciu gałek ocznych to trzeba powiedzieć, że obrywa się tutaj najbardziej otyłym osobom. I właśnie ten podrozdział o wadzę i odżywianiu jest dla mnie wyjątkowo okrutny. Zdaję sobie sprawę, że nadwagę często jest związana ze złym odżywianiem, utrudnia funkcjonowanie i sprawia, że ludzie bardziej się męczą. Jednak stwierdzenie, jakie można spotkać w książce: Utyć to w jakimś sensie umrzeć… to jednak przesada.
Co stronę napotykałam coś irytującego, ale kiedy doszłam do fragmentu o poszczeniu chciałam zamknąć książkę i więcej jej nie otworzyć. Bo wszystkie rady dotyczące odżywiania i poszczenia brzmiały jak poradnik typu „Zaburzenia odżywiania w 7 dni”.
Ale moją największa bolączką tej książki jest to, że promuje ona jeden konkretny model idealnej kobiety. Moim zdaniem, gdyby wszystkie kobiety były takie jak chce tego autorka, świat byłby okropnie nudny. Wykreowany ideał kobiety w tej książce to szczupła i zamożna kobieta. Z Zawsze pomalowanymi paznokciami, ubrana cała na czarno (ponieważ to jest najbardziej klasyczny odcień dla autorki i zachęca do kupowania wyłącznie takich ubrań), z wyrobionymi gestami i wyćwiczonymi zachowaniami. Kilkakrotnie wspomina o tym, że trzeba wydobyć swoje prawdziwe ja, żeby za chwilę skrytykować każdą naszą najmniejszą odmianę od jej wykreowanego ideału. Książka jest napisana w jakimś takim wyjątkowo chłodnym stylu, wieje lodem jak czytam te wszystkie rady i odnosiłam wrażenie, że autorka zadziera trochę nosa i patrzy na mnie z góry. Nie wiem, może to przez kwestię tłumaczenia, ale jak dla mnie ta książka może zrobić więcej złego niż dobrego. Zamiast sztuki prostoty przeczytałam poradnik jak udawać kogoś innego. Cóż książka mi do gustu nie przypadła, mam nadzieję, że ktoś inny znajdzie w niej coś czego może ja nie zauważyłam i sprawi mu większą radość.

Pakuję się w góry!

Pakuję się w góry!


Kiedy skończyłam osiemnaście lat, moja przyjaciółka zabrała mnie w Tatry. Od tego czasu, jestem tam co roku. Tatry to miejsce, na które czekam cały rok. Nic nie smakuje lepiej niż ciepła herbata z rana w schronisku i nic nie jest lepszą nagroda niż zimne piwo po długiej wędrówce z plecakiem. Wie to każdy tatromaniak 😉

Nie wszystkie produkty udało mi się zabrać w wersji less westowej. 


Jeśli chodzi o pakowanie, nauczyłam się brać jak najmniej ubrań. I tak większość przepieram w schronisku. Zabrałam ze sobą dwie bluzki na krótki rękawek, jeden sweter, leginsy, piżamę, kurtkę, czapkę i bardzo grube skarpety. Moją kosmetyczkę ograniczyłam również do minimum. Szampon w kostce, próbki mydeł w kostce, pastę do zębów, szczoteczkę, olejek do buzi, pomadkę ochronną. Z kosmetyków zrezygnowałam. Zaoszczędziłam sporo miejsca na ubraniach, więc resztę przestrzeni mogłam wypełnić jedzeniem.

Ubrania spakowałam do wielkiej torebki z organzy. Będzie mi służyć jako poduszka (takie 2w1). Bieliznę spakowałam do zwykłej plastikowej torebki, która ma już ładnych pare lat. Kosmetyki ograniczyłam do minimum.


Nie każde schronisko oferuje pyszne i dobre jedzenie (tylko Roztoka robi najlepsze jedzenie na świecie). Dodatkowo, jedzenie w schroniskach bywa bardzo kosztowne. Ale co dla mnie najważniejsze, w schroniskach nie ma dużej oferty jedzenia roślinnego. Wykluczyłam ze swojej diety nabiał i jajka, dlatego schroniskowe menu nie szczególnie mnie poratuje. Musiałam zabrać ze sobą jak najwięcej jedzenia, niestety nie wszystko dało się zrobić w wersji less westowej.

Mam jedną fasolkę w słoiku (stwierdziłam, że jednak jest to za mało i dokupiłam jeszcze taką w puszce), pastę do chleba, mus jabłkowy i miód również mam w szkle. Miód przelałam do mniejszego słoika, dzięki czemu nie będę produkować małych plastikowych pojemniczków miodu, które podają w schroniskach. Zrobiłam swoją własną mieszankę owsianki. Zapakowałam to do lnianego woreczka, dzięki czemu nie musiałam kupować owsianek w saszetkach. Chlebek deseczki, udało się kupić w papierowym opakowaniu. Owoce i cytrynę kupiłam luzem. Niestety, na tym kończy się moja less westowa wyprawka. Herbatę mam w saszetkach, gorzką czekoladę w folii, orzechy nerkowca również w opakowaniu, pumpernikiel i krakersy w plastiku. Długo zastanawiałam się nad zupkami chińskimi. Nie jest to nic zdrowego, jednak w górach często mam ochotę na takie szybkie rozwiązanie.

Najważniejszą kwestią jest nawodnienie. Biorę ze sobą bidon plastikowy (jest lżejszy niż szklany). Pomijając aspekty ekologiczne, woda w schronisku jest ogromnie droga. Butelka wody kosztuje około 5-7 zł. Cena jest naprawdę przewrotna, dlatego w tym roku, większość osób zabiera ze sobą filtrujące bidony, dzięki czemu ograniczymy masę zbędnego i jednorazowego plastiku.

Jestem ciekawa na ile starczy mi jedzenia i jakimi śmieciami zostanę zaskoczona w schroniskach. Aha, z plecakami wędrujemy od schroniska do schroniska. Nie zostajemy na cały tydzień w jednym miejscu, dlatego też nie wszystko mogłam zabrać w szkle. Zależy mi na środowisku. Jednak moje (nie połamane) plecy, to też całkiem ważna sprawa ;) 

A Wy jak ograniczacie śmieci w podróży? Bierzecie ze sobą czasem coś w plastiku, czy dzielnie działacie z opakowaniami wielkokrotnego użytku?

smutny los książek

smutny los książek


Moja biblioteka jest najbardziej magicznym miejscem jakie znam. Mam do niej jakieś dwie minuty drogi na piechotę i w chwilę mogę przenieść się w całkiem inny świat. Cały budynek jest oszklony dużymi oknami, posiada antresole, na której znajduje się czytelnia i komputery. Malutkie przejście prowadzi do biblioteki dla dzieci, a ciemnym wieczorem… rozświetla okolicę ciepłym, żółtym światłem. Zwłaszcza późną jesienią i zimą, kiedy robi się ciemno, światło biblioteki kontrastuje z mrozem i ponurymi dniami, dając poczucie bezpiecznego schronienia.

Lepiej oddać książkę, niż kisić ją w domu ;) 


Gdyby książki mogły czuć, byłyby najszczęśliwszymi istotami na świecie. Bo co takiej książce jest potrzebne do szczęścia? W bibliotece leżą na półkach, zadbane i niezakurzone. Często ktoś po nie sięga, wypożycza i czyta. A kiedy już się nimi człowiek nacieszy oddaje ponownie do biblioteki, gdzie innej osobie sprawi radość ich czytania. Życie idealne.

Ale są też książki widma. Zakurzone, poupychane w pudłach, w szafach i na półkach. Zapomniane przez cały świat. Książki, które kiedyś sprawiły komuś radość, a potem zostały porzucone na pastwę losu, gdzie powoli będą marnieć i niszczeć.

W moim domu jest wiele takich książek. Książki, które zostawiłam dla swoich przyszłych dzieci leżą poupychane w pudłach. Książki, które jako nastolatka uważałam za wybitne, a teraz wydają mi się infantylne. Książki, które z jakiegoś powodu mi nie przypadły do gustu, z którymi się nie polubiłam. Gdybym kilka lat temu te wybitne książki dla nastolatek oddała do biblioteki lub sprzedała, to sprawiłyby jeszcze komuś radość. Dzisiaj, nawet w bibliotekach odmawiają ich przyjęcia.

Najspokojniejsze miejsce na świecie.


Postanowiłam coś z tym zrobić. Niektóre książki zostawiłam dla przyszłych pokoleń, jeszcze sobie kawał czasu poczekają. Inne książki, zwłaszcza te, które wybitnie mi do gustu nie przypadły, oddałam. Zaczęłam od zaniesienia ich do biblioteki. Niestety, książki zostały nie przyjęte. Postanowiłam wystawić w Internecie. Za drobną sumę – nikt nie chciał. Za darmo – rozpętało się piekło. Wielu ludzi chciało mieć te książki. I jeśli mam być szczera, nie szczególnie mi ta forma przypadła do gustu. Odniosłam wrażenie, że wielu zainteresowanych tymi książkami chciała je tylko dlatego, że był za darmo. Może to głupie z mojej strony, ale chciałam, żeby moje książki trafiły w dobre ręce. Do kogoś kto lubi czytać, a ich nabycie sprawi mu radość. Niektórzy z zainteresowanych byli nawet momentami agresywni i nieprzyjemni.

Z odsieczą przyszedł mi bookcrossing. Szczeciński Bazar Smakoszy zorganizował stoisko gdzie można było zostawić książki i zabrać jakąś inną delikwentkę do domu. Za pierwszym razem podeszłam trochę nieufnie. Zostawiłam tylko jedną książkę. Kiedy wróciłam w to miejsce po paru minutach, żeby zobaczyć czy moja książka czeka jeszcze na nowego właściciela, zobaczyłam, że jej nie ma. I poczułam ulgę, bo w moim domu zalegały książki, których nie chciałam. Książki, które zajmowały moją przestrzeń i nie przynosiły mi radości. A teraz, wiedziałam, że ktoś je zechce.
Następnym razem przyniosłam więcej książek. Jakieś romansidło, poradnik koreańskiej urody, dramat i kolejne romansidło. Wszystkie moje książki były w idealnym stanie. Nic dziwnego, że już po pięciu minutach znalazły nowych właścicieli. Tym razem i ja przygarnęłam Sztukę prostoty (która również nie przypadła mi do gustu, ale to już opowieść na inny raz).

Książki nie powinno oceniać się po okładce. Wiem. Ale faktem jest, że największym zainteresowaniem cieszyły się nowsze książki, zadbane i bardziej aktualne. Wielu ludzi zostawiało bryki, bardzo poniszczone lektury, albo już nieaktualne prace historyczne. I niestety, takie książki nie znajdywały nowego domu. Dlatego myślę sobie, że nie warto kisić tych mniej wyjątkowych książek w domach na półach. Jeśli jakaś książka nie skradła nam serca i nie mamy potrzeby aby zdobiła nasz dom, może warto znaleźć jej nowego właściciela. Tym nowsze książki, tym również większe zainteresowanie bibliotek. Nowym wydaniem Stephena Kinga – IT, biblioteka by nie wzgardziła. Ale dwie sagi zmierzchu nie są już im do szczęścia potrzebne.

Nadal mam sporo książek, do których nie powrócę. Mimo to, nie potrafię się ich pozbyć. Cieszę się, że chociaż te najbardziej nie lubiane przeze mnie książki, mogły komuś się spodobać.

A Wy pozwalacie wędrować swoim książkom, czy wolicie mieć je pod ręką?

minimalizm w łazience

minimalizm w łazience


Nigdy nie lubiłam wysypujących się kosmetyków z łazienki. Za każdym razem kiedy sprzątałam łazienkę musiałam ściągać milion flakoników perfum, kilka butelek szamponów, żeli pod prysznic, żel do higieny intymnej, balsamów, pianki do golenia, jeszcze innych balsamów, odzywki, kremów etc. Ogólnie mówiąc, robiłam sobie tylko więcej roboty. Większość z tych rzeczy stała i tak nie używana.
Bo za każdym razem kiedy wchodziłam do drogerii, kupowałam coś nowego. To ma ładny kolor, jest tanie, jest w promocji, tutaj promocja dwa w cenie jednego. I tak się nazbierało, pierdylion produktów. Produktów, za które zapłaciłam bardzo dużo.

Szczoteczka elektryczna nie jest ekologicznym rozwiązaniem, ale wyrzucenie sprawnej szczoteczki na rzecz tej bambusowej jest jeszcze mniej ekologiczne. Antyperspirant mam również w plastiku, ale starcza mi na bardzo długo. 


Wystarczyłoby ograniczyć wszystkie kosmetyki do absolutnego minimum, a zaoszczędziłabym pieniądze i czas przy sprzątaniu. Mogłabym tutaj napisać o tym, że wszystkie te kosmetyki zastąpiłam jednym mydłem 3w1, ale nie będę Wam ściemniać. Kto nie lubi się czasem trochę dłużej się pindrzyć.
Moja pierwsza opcja zminimalizowania tego całego łazienkowego armagednu jest bardziej zerowestowa niż druga propozycja. Zamieniłam szampon w plastikowej butelce na lawendowy szampon w kostce od Kremolandu. Kombinowałam z masą szamponów w kostce i niestety wszystkie jakie spotkałam na swojej drodze to ogromny niewypał i nieporozumienie. Włosy po większości szamponów po umyciu były tłuste, wymagały płukanki octowej, co nie zawsze się udawało, a mydła miały zapach detergentu do mycia klatek schodowych. Szampon z kremolandu to jednak prawdziwy hit, włosy po nim są cudownie, bardzo ładnie się układają i nie są splątane. Lawendę 3w1 można używać również jako mydła do ciała i buzi. I można by tutaj zakończyć swój łazienkowy minimalizm, ale czułabym się dosyć ubogo tylko z jednym kosmetykiem w domu. Druga sprawa jest taka, że ten szampon jest bardzo kosztowny. Jego cena wynosi 25 zł, a razem z wysyłką 35 zł. Jest to cena absolutnie warta zapłacenia, ale przy takiej cenię chcę, aby starczył mi na jak najdłużej. Więc używam go wyłącznie do włosów. Do buzi używam osobnego mydełka, a do ciała jeszcze innego, taniego mydła z drogerii. Czasami się szarpnę na jakieś ekskluzywne mydełko na przykład od Ministerstwa dobrego mydła, ale ich cena też często jest wyższa niż 20 zł. Z tego powodu najczęściej używam mydełka od Alterii z Rossmana. I jestem z nich bardzo zadowolona. Do nawilżenia buzi używam kremu w szklanym słoiczku, albo olejku (ja używam olejku z awokado, które dostałam na święta). Zrezygnowałam również z jednorazowych maszynek, które zawsze się jakimś cudem uzbierały w szafce pod umywalką na rzecz metalowej maszynki. Jeśli chodzi o żel do higieny intymnej bardzo ciekawy post na ten temat napisała mama ginekolog klik, zachęcam każdą osobę do przeczytania.

Ta druga opcja jest wersją less waste. Jeśli nie możesz przekonać się do mydeł w kostce możesz zakupić szampon i żel w największym opakowaniu. Taki szampon albo żel w opakowaniu zbiorczym sprawią, że nie będziesz co dwa tygodnie generować kolejnej plastikowej buteleczki. Jeśli cenisz sobie również estetykę, możesz przelać z litrowego opakowania do mniejszych i ładniejszych dozowników. Opcja większych opakowań sprawdza się również przy balsamach lub odzywkach. Bardzo rzadko używam balsamów do ciała, ale staram się mieć w domu większe opakowania, które starczą mi spokojnie na minimum sześć miesięcy. W ten sposób generuje mniej odpadów w tygodniu.
A co najważniejsze, nie kupujmy co chwila nowych rzeczy. Zdaję sobie sprawę jak ogromnie kuszą opakowania na sklepowych półkach. Są kolorowe, mają fikuśne kształty, są tanie i często w promocji. Ale pomyślmy racjonalnie. Kupujemy produkty, których często nie używamy, które zalegają na półkach. Użyjemy ich raz na jakiś czas i za nim się zorientujemy taki kosmetyk będzie już dawno po dacie ważności, a szkoda na to naszych pieniędzy i środowiska. Dlatego warto ograniczyć kosmetyki do naszego absolutnego minimum.

Zrezygnujmy również z maseczek, darmowych próbek i innych kosmetyków w saszetkach, które później często giną w czeluściach szafki, żebyśmy mogły je odnaleźć po paru latach, kiedy strach będzie już otworzyć taką paczuszkę. Takie rzeczy jak peelingi, toniki i maseczki można wykonać samemu w domu z produktów spożywczych.

Swoje mydełka trzymam w plastikowym pudełeczku. Na dnie pudełka wysypałam muszelki i kamyki. Dzięki temu zabiegowi mydełka ładnie schną i nie taplają się w wodzie. 


Najważniejsze to ograniczyć ilość kosmetyków. Jeśli masz jeden szampon w butelce zużyj go do końca za nim kupisz kolejny. Zastanów się jakich preparatów nie używasz. Może masz jakiś tonik do buzi, który leży już jakiś czas? Może Twoja skóra nie potrzebuje balsamu? A może do mycia twarzy wystarczy Ci jeden produkt, a nie sto? A co najważniejsze, czy warto wydawać pieniądze, na rzeczy, których nie będziemy używać? No moim zdaniem: nie.

A jak to wygląda u Was? Z czego byście nie zrezygnowali?

Copyright © 2014 jak i mak , Blogger