oszpecone miasta

oszpecone miasta


Jestem mieszczuchem, mieszczuchem z krwi i kości. I co tu dużo mówić, miasto po prostu mnie zauroczyło i nie mogę oprzeć się jego urokowi. Kina, kawiarnie, wielkie parki, teatry, restauracje, a zwłaszcza stare i piękne kamienice, które przeplatają się z szarymi i brzydkimi blokami sprawiają, że miasto zapiera mi dech w piersiach.

Ale miasto ma jedną ogromną skazę, bliznę, która przebiega prosto przez jego serce i oszpeca jego piękno. I nie mówię tu o wysypujących się śmieciach, zapachu spalin, gwarze i hałasie. Nie myślę, o tym jak niesprawiedliwe styka się tu biedota nie mająca szans w starciu z bogactwem, jak upadają malutkie sklepiki pokonane przez wielkie molochy, bo jest to miasto XXI wieku i z dnia na dzień ten obraz się nie zmieni.

Rozchodzi mi się o reklamy, szyldy, billboardy, itd. Oczy mnie bolą kiedy widzę bloki, których okna są zasłonięte przez ogromną płachtę reklamującą sklep fryzjerki lub tysiące szyldów, które wskazują, w którą stronę trzeba się kierować, żeby dojść do ich siłowni, salonu gier, kosmetyczki. Kamienice oszpecone krzykliwymi sloganami, i oczojebnymi kolorami, które komunikują, że właśnie tutaj, a nie w innym miejscu jest sklep monopolowy. Wielki i brzydki szyld to za mało, jeszcze właściciele sklepików z chęcią wyróżnienia się wpadają na pomysł oklejenia okien i drzwi, tak żeby klient miał stu procentową pewność, że wchodzi na pewno do sklepu monopolowego, a nie do kwiaciarni, żeby jeszcze przypadkiem zamiast piwa nie kupił żonie kwiatka.

Natłok szyldów i brak jedności kolorystycznej na jednej ze szczecińskich ulic przyprawia o dreszcze.

Najgorszy problem jest w tym, że takie poczucie estetyki ma wielu sklepikarzy, a rekordy w oszpecaniu biją właśnie monopole, lombardy, osiedlowe fryzjerki i kosmetyczki. I tak na ulicach Szczecina można spotkać zalepiony na czerwono monopolowy, a obok spływający w pstrokaciźnie zielono-złoto-srebrno-niebiesko lombard, który tak bardzo chciał się wyróżniać, że dowalił sobie jeszcze większy prostokątny szyld niż sklepiki obok, a pod nim ekran z przewijającymi się kolorowymi literkami z kolejną informacją, że tutaj jest lobmard. Oglądając często te blizny odnoszę wrażenie jakby wszyscy Ci przedsiębiorcy wpadli na pomysł wymieszania w wielkim worze całego kiczu, brzydoty i odrobinkę wymiocin, żeby powstało to co widzimy na ulicach.

Plac Wolności w Poznaniu jest pozbawiony zbędnych reklam i brzydkich informacji, tylko WBK sobie wjechał z  własnym neonem.
Jeśli często jeździcie do Zakopanego, na pewno zauważyliście jak wyglądały kiedyś Krupówki. Na środku Krupówek stał ogromny ekran, na którym wyświetlano tancerki go-go, które reklamowały klub dżentelmena! 
Krupówki jednak się zmieniły, zakazano reklam szpecących to piękne miejsce i a ilość billboardów znacząco się zmniejszyła, dzięki czemu można cieszyć oko, a nie popłakać się od nadmiaru reklam. Mam ogromną nadzieję, że zakaz stosowania tak krzykliwych i bezgustnych reklam zostanie wprowadzony w każdym mieście na całym jego terenie, a nie tylko na starówkach. 
Inne banki na Placu Wolności mają już więcej klasy i gustu.

Estetyka jest dla mnie bardzo ważna. Jestem pewna, że w XXI wieku, istnieją inne sposoby rozpoznawalności firmy, niż zawalenie wszystkiego kolorami całego świata i napisami widocznymi z kosmosu.

A Tobie co przeszkadza w dużych miastach?

Jubilat 2, rocznik 89.

Jubilat 2, rocznik 89.

Jubilat 2 


Chciałam rower, taki rower, którego nie bałabym się zostawić przypiętego na noc do trzepaka przed blokiem, rower, którym mogłabym śmigać po mieście do sklepu, na uczelnię czy do znajomych. Zwłaszcza w okresie wakacyjnym, kiedy autobusy są przesycone spoconymi ludźmi, którym łącznie ze mną organy gotują się na twardo. Taki rower to naprawdę coś w upalne dni. I już chciałam oszczędzać i wydać w pierwszym sklepie rowerowym 800 zł na piękna i stylową damkę, ale po co.
Na mojej działce przecież stoją dwa starutkie (jak na rowery) śmigacze mojej mamy: Wigry i Jubilat. Ten drugi rower, jest ciut większy więc postanowiłam, że to on zostanie moim towarzyszem na wakacyjne przejażdżki i myślę, że to był bardzo dobry wybór. Na działce dziadków stały nie używane kilka lat. Z tego powodu rower był mocno podniszczony i trzeba było trochę zainwestować gotówki i czasu w jego naprawę. Wymienione zostały koła, wyszlifowana rama, naprawiony łańcuch. I tutaj ukłony w stronę mojego taty, bez którego ten rower nadal stałby na działce, bo ze mnie żadna złota rączka.


Jubilat 2 jest również eksponatem w Szczecińskim Muzeum Techniki i Komunikacji ;) 

Koszt naprawy roweru wyszedł i tak dużo taniej niż kupno nowego (naprawa wyniosła poniżej 200 zł). Możecie wierzyć lub nie, ale ja z tego staruszka jestem naprawdę szczęśliwa. To nic, że siodełko trochę uwiera, a sam rower czasami piszczy, skoro nadrabia stylem, którego mogą mu pozazdrościć nowe rowery ze sklepów sportowych.

Stary rower zyskał nowe życie, a Ty wybierasz rower czy auto?
Czy tylko minimalista może być szczęśliwy?

Czy tylko minimalista może być szczęśliwy?



Minimalizm jest lekiem na płynący w naszej krwi konsumpcjonizm, zimnym prysznicem na nasze zachcianki. Tak przynajmniej twierdzi większość poradników i książek, które wpadły w moje ręce. I ciężko się z tym nie zgodzić.

W dzisiejszych czasach kiedy za odpowiednią sumę można mieć każdą materialną rzecz jaką dusza zapragnie, a sklepy pękają w szwach od kolejnych pięknych i błyszczących rzeczy wydaje nam się, że kupować nie tylko możemy, ale wręcz musimy. I jak mówi klasyk:

Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, żeby zaimponować ludziom, których nie znamy.

Ten cytat z filmu Podziemny krąg idealnie odzwierciedla naszą potrzebę atencji. Pytanie tylko, czy naprawdę posiadanie dużej ilości rzeczy jest złe? 

Wszystkie poradniki dotyczące minimalizmu zakładają, że pozbycie się rzeczy jest drogą do szczęścia.

Kiedy byłam małym dzieckiem zbierałam masę figurek, zabawek, muszelek z nad morza i wszystko to czego mała dziewczynka mogła zapragnąć, kiedy robiłam się starsza zaczęłam kolekcjonować magazyny, książki, stare zeszyty (bo może kiedyś się przydadzą), więcej i więcej ubrań, dupereli z alliexpress i wszystkie te rzeczy,  z których nie miałam zbytnio użytku zalegały w domu, nie sprawiając mi ani trochę radości. W końcu postanowiłam bardzo powoli wyzbywać się tego wszystkiego. Niektóre rzeczy oddałam, niektóre najzwyczajniej w świecie wylądowały na śmietniku. I z każdym wyrzuconym/ oddanym workiem rzeczy czułam ogromną ulgę. W moim pokoju zaczynała panować przestrzeń na… no właśnie, na co? Minimalista powie, że to przestrzeń na nasz spokój, przestrzeń na naszą energię i chęci do życia, którą zdobywamy właśnie dzięki temu, że nie musimy poświęcać czasu na te wszystkie zgromadzone przedmioty. Minimalista całą wolną przestrzeń wypełni najwygodniejszym i najładniejszym łóżkiem, jedną szafą, w której będą wyłącznie jego ulubione ubrania i pięknym kwiatem, który ozdobi otoczenie. Minimalista znajdzie w tym ukojenie, odzyska czas dla siebie, nie będzie spędzać stu lat na pościąganie rzeczy z półki, żeby wytrzeć kurze i przedmioty, a następnie usadzić wszystkie figurki znowu na swoje miejsce. Minimalista będzie szczęśliwy. A co z innymi ludźmi, którzy nie odnaleźli by się z jednym łóżkiem i kwiatkiem?

Często odwiedzając krewnych, przyjaciół czy znajomych widzimy jak żyją i mieszkają. Mieszkanie innych ludzi definiuje czy lubią swój dom, czy w tym domu są szczęśliwi, z mieszkania można wyczytać co lubią, a czego unikają. Nie ma w domu ani jednego kwiatka? Ktoś nie ma ręki do kwiatów. Na drzwiach lodówki widać magnesy z różnych zakątków świata? Ktoś podróżuje lub jest sentymentalny i chce mieć pamiątki ze swoich wycieczek. Tutaj naprawdę nie trzeba być Herkulesem Poirotem, żeby stwierdzić, że dom pokazuje jacy jesteśmy. Więc kiedy przychodzę do kogoś i widzę, dużo figurek na półkach, wiele kwiatków, dziergane obrusy, ściany zapełnione zawieszonymi zdjęciami to nie myślę sobie Oho! Ktoś tutaj ma manie gromadzenia, pewnie strasznie dużo czasu zajmuje mu posprzątanie tego, Oho! Ten człowiek musi być taki nieszczęśliwy, konsumpcjonista jeden, nawet sobie nie zdaje sprawy z tego, że te przedmioty odbierają mu jego witalną energię!!! No nie, nie, nie, nie. Bo tak naprawdę, nasze nastawienie, nasza energia i samopoczucie nie zależy od ilości rzeczy, ale samych rzeczy. Jeśli ktoś kolekcjonuje kubki ze swoich wycieczek, z których często pije, to mu nie będzie przeszkadzać wypełniona szafka kubkami, jeśli ktoś uwielbia kwiaty i cały dom ma wypełniony doniczkowymi kwiatami to nie będzie tracić energii na podlewanie ich, dbanie o rośliny będzie mu sprawiać radość. Myślę, że nasze samopoczucie zależy tylko i wyłącznie od tego jakimi przedmiotami się otaczamy, a nie tym w jakiej ilości.
Ja osobiście, jestem w tej grupie ludzi, którzy czują się idealnie z kilkoma najładniejszymi rzeczami w szafie, jednym wygodnym i ładnym łóżkiem i jednym ulubionym kubkiem (no może dwoma, no w porywach do trzech). Odwiedzając jednak ludzi, którzy gromadzą rzeczy, które kochają i o nie dbają, z całą pewnością nie mogę powiedzieć, że ilość przedmiotów ich przytłacza i sprawia, że są nieszczęśliwi.
Problem pojawia się często wtedy kiedy gromadzimy rzeczy, których tak naprawdę nie chcemy, które zostają z nami, mimo że ich nie lubimy i nam nie odpowiadają. Właśnie wtedy stajemy się nieszczęśliwi, kiedy widzimy codziennie jedną niefunkcjonalną, brzydką rzecz, z której nie mamy pożytku. Podsumowując w przypadku estetyki warto być hedonistami, którzy otaczają się tylko tym co nam się naprawdę podoba i sprawia nam radość.

A Ty jesteś szczęśliwym kolekcjonerem kubków czy raczej szczęśliwym minimalistą? 

Papierowe kubeczki

Papierowe kubeczki


Papierowe kubki nigdy nie wydawały mi się niczym strasznym. Sądziłam, że skoro są z papieru to nie mogą zaszkodzić środowisku (chociaż kilka lat temu nawet nie myślałam o kwestiach ekologicznych). Przyznam się szczerze, że mój romans z nimi rozpoczął się w szkole średniej, gdzie na korytarzu postawiono automat z gorącą czekoladą, a do zestawu były dołączone zielone kubeczki z plastikową nakrywką. Na czekoladę czy kawę z kawiarni zawsze było mi szkoda pieniędzy, a ta szkolna sprzedawana za 2,50 zł wydawała się idealna. Papierowe kubki mnie zachwyciły od samego początku. Pamiętam jak pierwszy raz mknęłam korytarzem na kolejne zajęcia, a w dłoni trzymałam napój z gorącą czekoladą. Czułam się dosłownie jak bohaterka serialu „Kochane kłopoty” albo innego amerykańskiego serialu z nastolatkami w roli głównej. Sądziłam, że taki papierowy kubeczek jest idealnym dopełnieniem wizerunku nastolatki. Głupie, wiem.
Jeśli pijesz dużo kawy to zamiast kupować w kawiarni weź kawę w termosie z domu, jest to ogromna oszczędność czasu i pieniędzy. Słoik nadaje się idealnie na zimne napoje w upalne lato, na kawę/herbatę na wynos najlepiej mieć własny kubek z przykrywką, a na rower bidon, który zastąpi jednorazowe butelki. Taka rodzinka bidonów skutecznie powstrzyma jednorazowe naczynia. 
            Romans i umiłowanie do papierowych kubeczków towarzyszył mi aż do studiów, gdzie również mogłam cieszyć się moją ulubioną gorącą czekoladą z automatu, tym razem, tańszej o 20 gr. W końcu jednak zaczęłam zauważać, że tych jednorazowych kubeczków jest już za dużo. I chociaż dalej zdarza mi się nabyć gorącą czekoladę (zwłaszcza zimą, kiedy wykłady są do późna), to robię to zdecydowanie rzadziej, bo nie chcę przyczyniać się do ciągle powiększającego kubeczkowego śmietnika. A kto jest odpowiedzialny za zgotowanie nam takiego losu?
            Cały ten bigos rozpoczyna się z początkiem XX wieku, kiedy jego wynalazca Lawrence Lullen w 1907 roku opracował automat do wody z jednorazowymi kubkami. Jaki miał w tym cel? No cóż, według mnie w większości genialnych wynalazków przyświeca jeden cel – pieniądze. L. Lullen jednak uważał, że picie z jednorazowego naczynia będzie dużo bardziej higieniczne i dobre dla zdrowia, niż korzystanie ze wspólnych naczyń wielorazowego użytku, które przenoszą zarazki. Brzmi absurdalnie? Nie dla nas ludzi, papierowe kubki odniosły prawdziwy sukces, który trwa do dzisiaj. Wielorazowe naczynia szybko zostały zastąpione jednorazowymi kubkami w pociągach. A epidemia grypy po I wojnie światowej spowodowała wzrost produkcji jednorazówek. Ciekawi mnie bardzo dlaczego podczas obaw o zdrowie łatwiej dla większości było wydawanie pieniędzy na papierowe kubki, niż korzystanie ze swojego osobistego wielorazowego kubka?
            Dlaczego są nieekologiczne?
Po pierwsze, papierowy kubek nie jest papierowy. Szok i niedowierzanie? Każde papierowe naczynie musi zostać pokryte warstwą polietylenu, co sprawia, że kubek nie może zostać poddany recyklingowi. W Wielkiej Brytanii istnieją dwie firmy recyklingowe, które mają taką możliwość, pierwsza z nich mimo wszystko nie podejmuje się próby recyklingu, druga firma, przetwarza je w niewielkiej ilości. Skoro o Wielkiej Brytanii mowa, sami Anglicy rocznie produkują 2,5 mld kubeczków rocznie. Jest to bezsensowne marnotrawstwo, zwłaszcza, że wyrzucamy je zaraz po wypiciu napoju.
Wielka Brytania swoją drogą, ale zwróćmy uwagę na to co dzieję się na naszym podwórku. Od kiedy sama znacznie ograniczyłam produkowanie śmieci, widzę jak inni z umiłowaniem produkują coraz większą górkę śmieci. Często widzę, jak podczas szkółki z języka niemieckiego, kursanci biorą po kilka kubeczków. W jednym zrobią herbatę, w drugim kawę i każdy kubeczek wsadzą do kolejnego, żeby podczas transportu z bufetu do sali lekcyjnej się nie poparzyć. Następnie kubek zostanie wyrzucony, a do napoju wzięty kolejny nowy. Wystarczyłoby na całe zajęcia używać jednego, tego samego kubka, i już z 4 zmarnowanych kubków, byłby tylko jeden. Biorąc pod uwagę, że zajęcia trwają 9 miesięcy, przez ten okres jedna osoba zużywa 36 jednorazowych kubków. Teraz trzeba to pomnożyć przez wszystkich kursantów, którzy ich używają, dodać tych, którzy piją raz herbatę, a raz kawę i już powstaje nam gigantyczna sumka, a to tylko szkółka języka, z niewielka grupą kursantów. Pomyślmy ile takich kubków ląduje zaraz po wypiciu w kosztu na śmieci w naszej pracy, szkole, na studiach, czy w kawiarniach.
Smutny, porzucony kubek w towarzystwie swojej plastikowej pokrywki znaleziony na spacerze z psem.

            Jeśli idę do kawiarni, staram się brać kawę na miejscu. Jest to dużo bardziej urocze móc wypić kawę w spokoju niż w biegu, wiem jednak, że nie każdy ma taką możliwość (chociaż często gęsto widzę ludzi z jednorazowymi kubkami na wynos, którzy rozsiadają się na fotelu w kawiarni, żeby delektować się w spokoju kawą z papierowo-plastikowego kubka. I właśnie w takich sytuacjach myślę sobie, po co?), można wtedy przełamać swój wstyd i przyjść ze swoim własnym termosem i poprosić o kawę na wynos do własnego kubka. Sam Sturbucks oferuje symboliczną zniżkę, w wysokości jednego złotego za to, że konsument przyjdzie z własnym kubkiem. Inne kawiarnie nadal będą przekonywać o ekologiczności swoich kubków, zachęcając nas przyjaznymi hasłami, świadczącymi o wykorzystaniu ekologicznego papieru i możliwości przetworzenia ich jednorazowych naczyń. W teorii możliwość jest, ale w praktyce wszystko wygląda inaczej. Nie ma co się zwodzić i liczyć, że wielkie kawiarnie zainwestują nagle w szybko rozkładające się naczynia, za milion monet. Najlepsze rozwiązania to te najprostsze. Zamiast czekać na to jak ktoś coś z tym zrobi, zrób to sam.
            Korzystajmy z wszystkiego z głową na karku, jeśli już zapomnieliśmy kawy z domu, swojego termosu, lub po prostu wolimy gorący napój prosto od baristy wybierzmy takie rozwiązania, które nie zaśmiecą nas samych.


Copyright © 2014 jak i mak , Blogger