piątek, 7 lutego 2020

STYCZEŃ KULTURALNY



Nowy rok postanowiłam rozpocząć ciut ambitniej, niż zakończyłam stary. W związku z tym chciałabym się podzielić tutaj tym, co ciekawego widziałam, przeczytałam lub zrobiłam.

KURS HAFTU


Jeśli pamiętacie mój post o świątecznych prezentach od polskich artystów, to z całą pewnością świta wam kurs haftu, który organizowała troszkeroztrzepana w Sopocie. Właśnie taki prezent wymusiłam od swojego chłopaka, bo widząc piękne hafty Niny, nie mogłam się powstrzymać i nie skorzystać z okazji nauczenia się czegoś tak ciekawego.

Kurs był zorganizowany w sopockim przedszkolu, który jest chyba najpiękniejszym miejscem na świecie. W ogóle nie spodziewałam się, że przedszkole może być tak estetycznie zaprojektowane. No dobra… do brzegu. Przyznam, że lubię sobie szydełkować i na swoim koncie mam kilka prostych, ale całkiem ładnych rzeczy, które wydziergałam, w tym czapkę, rękawiczki, osłonkę na doniczkę i jedną skarpetkę, która od dwóch lat czeka na swoją parę. Chciałam jednak spróbować czegoś nowego, więc wiadomość o tym, że w Sopocie odbędzie się kurs z haftu, była dla mnie jak manna z nieba.

Każda z uczestniczek dostała muliny, tamborek, bawełniany materiał, igły oraz wzór i instrukcję do nauki haftu. Przez cztery godziny siedziałyśmy jak szlachcianki na wydaniu i haftowałyśmy kwiaty. Naprawdę nie spodziewałam się, że tak bardzo polubię haftowanie.



POKOCHAJ SWÓJ DOM


W styczniu przeczytałam dwie książki. Pierwszą z nich jest klasyka wśród wszystkich osób interesujących się zero waste, czyli „Pokochaj swój dom” autorstwa Bea Johnson. No cóż… książka okropnie mnie wynudziła. Do największych wad książki można zaliczyć to, że zawierała bardzo mało merytorycznej wiedzy oraz ciągle się powtarzała. Co kilka stron, w zależności od rozdziału, Bea robiła „Powtórkę z zasad 5R”. Tak więc w rozdziale o kuchni mieliśmy „Powtórka z 5R w kuchni”, w rozdziale o łazience „Powtórka z 5R w łazience”, w rozdziale o garderobie „Powtórka z 5R w garderobie” i tak w nieskończoność. Przeczytanie tego poradnika było dla mnie wyjątkowo męczące, ale więcej o nim opowiem za kilka postów, ponieważ planuję napisać podsumowanie wszystkich książek o podobnej tematyce, jakie przeczytałam.

KOBIETA W OKNIE


Kolejną książką jest thriller „Kobieta w oknie” autorstwa A.J Finn. Bardzo lubię kryminały i thrillery, ale kiedy umieją mnie zaskoczyć (co nie jest jakieś ciężkie), ale ta książka była przewidywalna od deski do deski. Historia o kobiecie z agorafobią. Jej jedyną rozrywką jest podglądanie sąsiadów, oglądanie starych filmów i picie alkoholu. Pewnego razu widzi, jak ktoś zabija kobietę, którą poznała kilka dni temu. Brzmi ciekawie, ale jak wspomniałam wcześniej, mocno przewidywalne i nie było dla mnie zbytnim zaskoczeniem, kiedy doszłam do finałowej sceny. Mimo wszystko jestem bardzo ciekawa filmu, który ma się ukazać na podstawie tej książki. W filmie wystąpią takie aktorki jak Amy Adams i Julianne Moore, więc kto wie, może film będzie więcej wart.

W styczniu udało mi się obejrzeć kilka ciekawych pozycji, w tym: Historia małżeńska, dwóch papieży, cudowny chłopak i Green Book, ale skupię się tylko na dwóch pozycjach.

HISTORIA MAŁŻEŃSKA


Historia małżeńska to cudowny film, który pokazuje trudy rozstania się dwójki ludzi, którzy kochają się, szanują, ale nie mogą dłużej żyć razem. Podoba mi się przedstawienie historii bohaterów i to, jakim problemom musieli stawić czoła. Najciekawszym dla mnie wątkiem była relacja ojca z synem. Uważam, że Adam Driver idealnie odegrał rolę zranionego ojca, który widzi, że jego własne dziecko woli życie z matką niż z nim. Niektóre wątki były dla mnie wyjątkowo ciężkie, zwłaszcza ten pokazujący relacje bohaterów ze swoimi prawnikami, którzy manipulowali swoimi klientami jak marionetkami. Mimo wszystko film zrobił na mnie ogromne wrażenie i polecam obejrzeć każdemu, kto lubi dramaty.

GREEN BOOK


Kolejnym filmem, który spodobał mi się najbardziej z tej czwórki obejrzanych, jest Green Book (reż. Peter Farrelly), który miał swoją premierę w 2018 roku, ale cóż… lepiej późno niż wcale. Film przypominał mi trochę Nietykalnych w reżyserii  Oliviera Nakache i Erica Toledano. W dwóch filmach mamy pokazaną relację między bardzo bogatym i inteligentnym a biednym i bardzo prostym mężczyzną. W obu przypadkach między dwójką bohaterów rodzi się prawdziwa przyjaźń i zrozumienie. Mimo tych podobieństw film oglądało się z wielką przyjemnością. Miałam wrażenie, że prawie każdą ze scen, mogłabym oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. Estetyka, którą emanował film, mocno kontrastowała z brutalnością lat 50 i rasizmem, z którym musiały mierzyć się nawet największe osobistości i gwiazdy.

ANIA, NIE ANNA. 


Seriali w tym miesiącu było sporo, ale moje serce skradł jeden. Trzeci sezon Ania, nie Anna. Ten sezon podobał mi się najbardziej ze wszystkich i jest mi ogromnie przykro, że Netflix nie zrealizuje czwartego sezonu. W trzecim sezonie widać największą przemianę Ani, która dojrzała i w moim odczuciu, przestała już być tak bardzo infantylna, co w poprzednich sezonach trochę mnie irytowało. Ania dojrzała, ale nadal została tą samą, wspaniałą osobą. Jestem pod wielkim wrażeniem, że kanadyjski serial poruszył tematykę asymilacji rdzennych amerykanów i tego, jak ogromną krzywdę wyrządzili dzieciom, usiłując je nawrócić. Większość państw stara się tuszować swoje błędy, a w tym przypadku pokazano otwarcie i szczerze, jak wyglądało piekło tych dzieci. Wątek wyjątkowo przykry, o którym nie mogłam przestać myśleć przez kilka dni. Żałuję, że niestety nie dowiem się, jak potoczyły się losy Ka'kwet.

To tyle z kulturalnego stycznia, buziole!




Czytaj dalej »

piątek, 31 stycznia 2020

5 lat bez mięsa + książka "Czyste mięso" Paul Shapiro


 To już ponad pięć lat, od kiedy nie jem mięsa. Było dużo straszenia, że będę miała niedobory. Było dużo marudzenia, że co ja teraz będę jeść. Okazuje się, że po pięciu latach nadal jestem zdrowa, jeszcze nie zamieniłam się w warzywo, a moje obiady są naprawdę smaczne. Dlaczego w ogóle przeszłam na wegetarianizm?


Od dziecka nie chciałam jeść mięsa. Lubiłam schabowy, żeberka, spaghetti bolognese, parówki i szynkę z indyka. W sumie na tym można zakończyć moje mięsne upodobania. Niewiele tego, dlatego zrezygnowanie z tych potraw nie było dla mnie wielkim wysiłkiem i wyczynem. Wiedziałam jednak, co jem i w jaki sposób znalazło się to na moim talerzu.

Pierwszą próbę przejścia na wegetarianizm miałam w wieku 14 lat, niestety nie powiodło mi się. Wyjechałam wtedy na kolonię i jak to na koloniach bywa, jedyne co było do jedzenia to parówki na śniadanie, mięso i ziemniaki na obiad, a na kolację kanapki z szynką. Nie miałam też za dużego wyboru i mięso znowu pojawiło się w mojej diecie. Długo starałam się nie myśleć o tym, co jem. Im człowiek mniej wie, tym lepiej śpi. Tak mi się żyło, starając nie przejmować się za bardzo tym, co trafia na mój talerz.

Wszystko zmieniło się, kiedy poszłam na studia. Miałam zajęcia z filozofii. Wykładowca poruszał bardzo kontrowersyjne tematy, jednym z takich tematów było jedzenie mięsa. Podał przykłady, które wskazują, że z etycznego punktu widzenia, zabijanie zwierząt na pokarm jest złe. Następnie wypowiedział zdanie, które zapamiętam do końca życia: „Wiem, że to złe i niemoralne, ale ja tak lubię schabowego, idąc z córką do restauracji, zawsze zamawiam kotleta”.

Wyszłam z zajęć czerwona jak cegła. Nie mogłam zrozumieć, jak człowiek, który jako filozof, który jest przekonany o fakcie, że spożywanie mięsa jest nieetyczne, decyduje się na tego schabowego. Cisnęło mi się na język tylko jedno słowo – hipokryta. Chwilę później, wmurowało mnie w ziemię, że jedynym hipokrytą, jakiego znam, jestem ja sama. Skoro od dziecka deklaruję, że lubię zwierzęta i nie chcę ich jeść, dlaczego ciągle to robię? Jestem w końcu już na tyle dorosła, że mogę sama decydować, o tym, co ma trafić na mój talerz. Tym razem nie czeka na mnie pani kucharka z talerzem parówek i schabowych albo samymi ziemniakami do wyboru.

Wyszłam z zajęć i do mięsa nie wróciłam. Nie przechodziłam powolnie na dietę wegetariańską. Ucięłam to szybko i bezboleśnie. Byłabym jednak nie uczciwa, gdybym powiedziała, że od samego początku zostałam wegetarianką. Przez pierwsze trzy lata moja dieta była pescowegetariańska, a więc nie wykluczałam mięsa z ryb. Później starałam się wykluczyć również nabiał i jajka. Na diecie wegańskiej byłam niecały rok. Chociaż w mojej lodówce prędzej zobaczycie mleko roślinne niż krowie, a moje obiady są głównie roślinne, to jednak na moim stole pojawiają się produkty odzwierzęce.

Kiedy ktoś mnie pyta, dlaczego nie jem mięsa, odpowiadam krótko: „Szkoda mi zwierząt”. Rezygnując z mięsa, nie robiłam tego dla zdrowia, czy dla środowiska. Kierowałam się wyłącznie etyką i tym, żeby żyło mi się ze sobą dobrze. Chciałam i chcę żyć zgodnie ze swoimi poglądami. Skoro nie zgadzam się na to, w jaki sposób kończą zwierzęta, to płacąc za mięso, zaprzeczałabym sama sobie i swoim poglądom.

Później doszły mnie informacje o wpływie mięsa na środowisko. Do wyprodukowania jednego kg wołowiny potrzeba 2300 l. wody. Przekonują mnie również kwestie zdrowotne. Oczywiście daleka jestem od myślenia, że spożycie mięsa od razu zapędzi nas do grobu, ale patrząc na dietę cioć i wujków, to codzienne jedzenie smażonego schabowego nie doda im zdrowia.

W moim otoczeniu jest coraz więcej wegetarian i wegusów. W jakiej grupie nie jestem, zawsze jest ktoś, kto w swojej diecie nie ma mięsa. W pracy, na studiach, wśród znajomych. Nawet najbardziej zagorzali mięsożercy z mojego otoczenia, dzisiaj deklarują ograniczenie mięsa i spożywają je od wielkiego dzwonu. Czuję się bezpieczniej w świecie, w którym coraz większa liczba ludzi ma świadomość tego, co jest na ich talerzu. Czuję się szczęśliwa, kiedy coraz rzadziej słyszę tak durne pytania o niedobory lub teorie o ludzkich kłach i o tym, że człowiek od zawsze był myśliwym. Do jasnej ciasnej, obieramy jabłko ze skórki, żeby nie było za twarde, a co najwyżej, to przeciętny Kowalki upoluje kurczaka na promocji w biedronce.

mięso z probówki, alternatywa dla mięsa, weganizm, wegetarianizm


Kiedyś naiwnie myślałam, że wszyscy lubią zwierzęta i nie chcą ich krzywdy. Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że niektórym ich los jest obojętny. Nie wyobrażam sobie jednak przyszłości, w której ludzie nadal spożywają mięso. Dlatego zaciekawiła mnie książka, którą przeczytałam w tym miesiącu – Czyste mięso. Książka autorstwa Paul Shapiro.

Potrzeba jest matką wynalazku

Nie wszystkim od zawsze los zwierząt był obojętny. Już w XIX wieku Henry Bergh wraz z grupą ludzi sprzeciwiali się wykorzystywaniu koni w transporcie. Domagali się reform w postaci obowiązkowych poideł dla koni, dni wolnych oraz odpoczynek po długiej jeździe.  Deklarowali nawet, że jeśli stan rzeczy się nie zmieni, to w ciągu stu lat Nowy Jork utonie pod odchodami koni.
Pod koniec XX wieku, ludzie oświetlali swoje domu, za pomocą oleju z wieloryba. Każdy mieszkaniec chciał mieć światło, gdzie odpowiednio duży popyt, tam znajdzie się producent, zapewniający spełnienie potrzeb obywateli. Wielorybnictwo wiodło prym w epoce kolonialnej i czasach wczesnej republiki, pustosząc oceany z tych cudownych zwierząt. W 1850 roku, do redakcji „Honolulu Friend” został wysłany list w imieniu wieloryba grenlandzkiego z błaganiami o zaprzestanie polowań, lamentując nad tym, ile jego dzieci zostało zamordowanych z zimna krwią.

Niestety świat nie zmienił się dzięki ludziom o dobrych sercach. Potrzeba sprawnego transportu i światła była dużo większa niż etyka. Gdyby nie wynalezienie ropy naftowej przez Abrahama Gesnera, dzisiaj o wielorybach wiedzielibyśmy tylko z podręczników od historii. Ropa naftowa stała się łatwiejsza w pozyskaniu i dużo bardziej opłacalna. Wielorybnictwo upadło, chociaż są jeszcze kraje, które polują na wieloryby, to nie jest to już w tak wielkiej skali, jak na przełomie XIX i XX wieku, kiedy co roku amerykańska flota zabijała ponad osiem tysięcy wielorybów! Konie natomiast uratowały silniki o spalaniu wewnętrznym. Te dwie alternatywy, które okazały się bardziej opłacalne, uratowały zwierzęta, a tym samym nas.

Paul Shapiro w swojej książce uważa, że taką alternatywą dla mięsa, będzie mięso pozyskiwane z probówki bez krzywdy zwierząt. Badania trwają od paru lat, ale autor książki przekonuje, że już niedługo na naszych stołach może być etyczne, zdrowe mięso, które zostało pozyskane bez zabijania. Na ten moment, udało się wyhodować coś w postaci cienkiego chipsa, ale kto wie, może już niedługo uda się wyhodować cały mięsień.

 „Czyste mięso”, gdyby tylko było cenowo konkurencyjne dla tradycyjnego mięso, mogłoby stanowić naprawdę dobrą alternatywę. Obawiam się tylko jednego. Ludzie będą negatywnie nastawieni do „czystego mięsa”. Według badań, które przeprowadził autor, ludzie są lepiej nastawieni do genetycznego modyfikowania płodu (wpływu na kolor oczu i charakter), ale mięso z probówki jest dla nich czymś (o, ironio) nienaturalnym.

Polecam wszystkim książkę Paul’a Shapiro. Pokazuje on lepszą przyszłość i rozwiązuje problem tych, którzy dzisiaj z mięsa nie chcą zrezygnować.

Rozpisałam się jak szalona, ale mam nadzieję, że nie czujecie zmarnowanego czasu. Napiszcie mi koniecznie, co sądzicie o „czystym mięsie”, czy was przekonuje, czy przeraża? 

Przykłady zaczerpnięte z książki "Czyste mięso" Paul Shapiro. 


Czytaj dalej »

poniedziałek, 9 grudnia 2019

ZAKUPY LESS WASTE - GDZIE I JAK KUPUJĘ?


Avocado Vegan Shop Gdańsk Wajdeloty


Plastikowe opakowania są dla naszych oczu niezauważalne. Opakowane jest w nie wszystko. Szczerze, jestem w stanie to zrozumieć, o ile plastik jest z umiarem. Akceptuje produkty pakowane w opakowania 500 g i więcej. W końcu to, co kupujemy na wagę w sklepach, jest właśnie przesypywane z większych opakowań zbiorczych. Dla mnie kupowanie w opakowaniu zbiorczym jest tam samo less waste jak kupowanie do własnego woreczka.


Są produkty, których unikam jak ognia. Kasze i ryż pakowane w małych woreczkach. Nie wyobrażam sobie gotować jedzenie w plastikowej torbie. Są też i takie produkty, w których plastiku nie mogę uniknąć. Tofu, tempeh, mleko sojowe wzbogacone w wapń, jogurty naturalne – w stacjonarnych sklepach jogurty z dobrym składem są tylko w plastiku – i niestety większość słodyczy.

Niektóre produkty, które są dostępne na wagę, są dla mnie za drogie. W kwestii przypraw ciągle decyduję się na te w papierowo-aluminiowo-foliowych opakowaniach, które nie podlegają recyklingu. Kasze z reguły są tanie, dlatego kupuję je w sklepie z żywnością na wagę. Ceny w tych sklepach są w większości większe, ale bez przesady.

Avocado Vegan Shop Gdańsk Wajdeloty


Chciałabym Wam pokazać moje zakupy w stylu less waste.

Kasze, ryż, owoce suszone lub orzechy kupuję najczęściej w Avocado Vegan Shop na Wajdeloty. Jest tam ogromny wybór produktów. Przyprawy, kasze, makarony, granulat sojowy, słodziki. Wszystko jest na wagę, można pakować do swojego woreczka lub papierowych, które oferuje sklep. Niektóre produkty są do sprzedaży w małych słoikach, które podlegają kaucji. Avocado Vegan Shop to mój ulubiony sklep na wagę, chociaż już coraz więcej warzywniaków oferuje produkty sypkie na wagę.

Warzywa i owoce najchętniej kupuje w warzywniaku. Większość produktów biorę luzem bez siatki, a ziemniaki pakuję do ręcznie zrobionej torby. W warzywniakach bardzo często wystawiają brzydsze warzywa, które sprzedają za pół darmo. Dzisiaj udało mi się kupić seler naciowy za złotówkę. Pierwszy raz widziałam seler w sprzedaży bez plastikowego opakowania. Często też decyduję się na zakup „brzydkiej” włoszczyzny. Skoro to idzie do bulionu, to nie musi wyglądać zabójczo pięknie.
Niektórych plastikowych opakowań nie mogę uniknąć. Mleko sojowe, które jest na zdjęciu, nie ma najlepszego składu, jednak jest wzbogacone w wapń i jego cena nie jest największa, dlatego je wybieram. Te lepsze napoje roślinne z dobrym składem przekraczają cenę 8 zł i są dostępne tylko w sklepach ekologicznych lub większych hipermarketach. Jogurty naturalne można kupić w słoiku na jakiś bazarkach lub zrobić samemu. Ja nie chcę teraz podejmować się nauki robienia jogurtu, z tego powodu biorę ten z lepszym składem, ale w plastiku. Bakoma teraz wypuściła na rynek jogurty z musem owocowym w szkle. Mają one w swoim składzie cukier, a ja już tego cukru dostarczam sobie i tak za dużo przez słodycze. W końcu muszę się od niego od uzależnić, ale ups… znowu zeszłam z tematu.

Wróćmy do zakupów bez plastiku. Tam, gdzie mogę, to go unikam. W innych przypadkach staram się brać największe opakowanie. Najłatwiej zacząć od niebrania zrywek. Warzywa i owoce można przecież brać luzem. Wiele razy już to powtarzałam, ale przed ich przygotowaniem, każdy dokładnie je myje. Także bardzo Was proszę, bierzcie luzem i darujcie sobie plastikowe jednorazowe zrywki. Kiedy widzę przede mną ludzi, którzy pakują jedną paprykę w zrywkę, to krew mi się gotuje. Nerwów na to szkoda.

Bez plastiku
Tempeh, napój roślinny i Mikołaj w czekoladzie, to takie małe porażki. Czekoladę mogłam jeszcze odpuścić, ale tempehu nigdy ;) 


Kiedy wiem, że będę robić zakupy w Avocado Vegan Shop, biorę sobie dodatkowo jedno opakowanie. Kilka alejek dalej, znajduję się sklep z gotowymi pierogami. Panie przeważnie pakują w plastik, ale na moją prośbę, bez problemu zapakowały mi pierogi do pudełeczka. Z własnym pudełkiem chodzę również do cukierni, kiedy kupuję ciasto do domu (zupełnie nie potrafię piec), a kiedy idę do piekarni, biorę ze sobą lniany worek na chleb. Niektóre nawyki mocno weszły mi w krew. Nigdy jednak nie robię tragedii z tego, że coś muszę kupić w plastiku. Wszystko z umiarem.

A jak Wasze zakupy, dajecie radę bez zrywek?

Czytaj dalej »

sobota, 7 grudnia 2019

BLOGMAS #4 ZA CO KOCHAM ŚWIĘTA



W kwestii świąt jestem jak Ebenezer Scrooge, ale jest kilka rzeczy, za które je lubię. Zawsze wolałam Wielkanoc, ponieważ jest to święto bez „napinki”. Podczas świąt Bożego Narodzenia skupiamy się na prezentach, porządkach i gotowaniu, zapominając o tym, co naprawdę jest ważne.
Co więc sprawia mi radość?


CZEKOLADOWE MIKOŁAJE

Jako dziecko, nienawidziłam czekoladowych Mikołajków. Powód dosyć przerażający, ale zdzieranie sreberka z Mikołaja i zjadania mu głowy, wydawało mi się jakieś sadystyczne. Chociaż byłam słodyczożercą, to akurat czekoladowe Mikołaje stały w domu tak długo, aż skończyła się ich data ważności. Kiedy dorosłam, zjadanie czekoladowych postaci, przestało mi się kojarzyć z zabawą w kanibalizm.  Teraz, te słodycze należą do moich ulubionych. Tylko w święta jest taki wybór czekolad, które nie są zapakowane w plastik. Sreberko można wrzucić do żółtego pojemnika, podlega łatwemu recyklingowi. Przyjemne z pożytecznym (aluminium jest najlepszym tworzywem podlegającym ponownemu przetworzeniu).

ŚWIĄTECZNE OZDOBY

Dawno temu zazdrościłam tym, którzy mieli choinki w jednolitych kolorach. Taka choinkowa moda, wszystko na czerwono, srebrno albo złoto, liczyła się jednolita kolorystyka i estetyka. Od kilku lat nie mogę przestać zachwycać się wszystkimi bombkami, jakie zawieszam z mamą na świątecznym drzewku. Niektóre świąteczne ozdoby pamiętają lata 70 lub nawet wcześniejsze. Z wieloma bombkami mam różne miłe wspomnienia. Srebrna mała gwiazdka przypomina mi o zajęciach, jakie miałam z katechetką przed bierzmowaniem, a malutkie szklane bombki wielkości piłki do ping-ponga przypominają mi święta, kiedy byłam małym dzieckiem. Nieskromnie powiem, że moja choinka jest najpiękniej ozdobiona. W swoim chaosie i nieporządku emanują od niej same dobre wspomnienia.

CHOINKA

Zostając w tematyce choinek, to u mnie w domu zawsze jest prawdziwa. Z tatą mamy patent, polegający na tym, że wchodzimy i kupujemy. Kiedyś w poszukiwaniu idealnego drzewka, potrafiliśmy przełazić całe miasto. Całkiem niepotrzebnie, bo choinka to choinka. Wszystkie są piękne. Dzięki temu, że świąteczne drzewko jest prawdziwe, w domu pięknie pachnie i to nadaje jeszcze bardziej świątecznego klimatu.



KOLACJA WIGILIJNA

Najważniejsza jest kolacja wigilijna, bez niej to nic się nie liczy. Moje ulubione posiłki podane jednego dnia. Sałatka jarzynowa, pierogi z kapustą i grzybami, barszcz, krokiety i sos grzybowy. Uwielbiam wigilię za to, że jest postna. W wigilię na stołach nie powinno być mięsa, wszystko jarskie. Niestety, utarło się w naszym rozumowaniu, że ryba nie jest mięsem. Moją największą bolączką jest kupowanie żywych karpi, żeby ukatrupić je dzień przed świętami. U mnie na szczęście nikt z krewnych tak nie robi. Szczerze byłoby mi ciężko cieszyć się miłosierdziem, wiedząc, że ktoś przyniósł do domu rybę z hipermakretu, zapakowaną w foliowy worek z jakąś kratką „pozwalającą oddychać”, potem trzymał w wannie, żeby samemu ją zabić. Więcej o karpiach pisałam rok temu – tutaj. Miałam jednak skupić się na pozytywach. Jest to dla mnie wyjątkowa okazja, gdzie mogę zjeść z rodziną dania bezmięsne i nikt nawet nie wspomni o jego braku. Chociaż muszę przyznać, że akurat moja rodzina od jarskich dań nie wybrzydza.

Kiedy tak myślę o moich świętach, trochę jest mi przykro. Nie mieszkam z rodzicami od dwóch lat, jestem na ostatnim roku magisterki. Oznacza to, że jedną nogą jestem już w tym dorosłym świecie i niedługo ja będę tworzyć święta dla swojej rodziny. Nie w każde święta będę mogła wybrać choinkę z tatą i lepić w kuchni z mamą pierogi. Z jednej strony czuję satysfakcję na myśl o pierwszych zorganizowanych przez siebie świętach, z drugiej jest mi przykro, że już pewien etap się kończy.

No cóż, nawiedził mnie duch przyszłych świąt i trochę zrobiło mi się żal, że czas tak szybko leci. Pozostaje mi się więc cieszyć tymi świętami na całego.

A wy, za co kochacie święta?




Zdjęcia: kaboompics


Czytaj dalej »

środa, 4 grudnia 2019

BLOGMAS #3 WĘDRUJĄCA TOREBKA



Przed świętami mamy sporo rad dotyczących pakowania prezentów. Papiery opakowaniowe z roku na rok coraz bardziej błyszczą, mienią się i zachęcają coraz to ciekawszą grafiką. W tyle nie pozostają ozdobne pudełeczka z gwiazdkami, reniferami i brokatem. W końcu prezent dla drugiej osoby musi robić wrażenie i być godnie zapakowany. W innym wypadku pogniewa się na nas cała rodzina i kaplica, świąt nie będzie.


Żarcik, przecież nikt normalny się nie pogniewa o to, że dostał prezent zapakowany w torebkę, w której rok temu sam wręczał Ci prezent. To właśnie magia wędrującej torebki. Obleci całą rodzinę, spędzi rok w szafie, a na końcu i tak trafi do swojego pierwszego właściciela.

Wiele blogerek pokazuje, jak pakuje prezenty i pakuje je przepięknie! Szary papier, sznurek zamiast wstążki i między kokardkę wsunięta jarzębina. Miód na serce tak zapakowany prezent, aż szkoda otwierać. Jeśli akurat w domu mamy taki papier, to można próbować. Po co jednak lecieć do sklepu, żeby specjalnie kupić papier, który zostanie rozerwany w trymiga na Twoich oczach, skoro na dnie leży wędrująca torebka.

Nie ma co się spinać. Na święta nie musi być wszystko idealne i dopięte na ostatni guzik. Szkoda tracić czasu i nerwów na pakowanie sterty prezentów (chociaż na pewno wiele osób to lubi). Wykorzystać można to, co mamy. W tym wypadku wędrująca torebka będzie bardziej ekologiczna niż pakowanie prezentu w apaszkę (a i takie metody widziałam), czy kupowanie specjalnie papieru i grubszego sznurka. Końcem końców ten papier ze sznurkiem i tak stanie się odpadem. Torba prezentowa, której nie wygniemy, posłuży nam na kilka świąt. Moim zdaniem jest to bardziej ekologiczne rozwiązanie niż zawijanie w apaszkę lub specjalne kupowanie papieru prezentowego.

Liczy się wnętrze!

A wasze torebki obleciały już całą rodzinę?



Czytaj dalej »

wtorek, 3 grudnia 2019

BLOGMAS #2 PREZENTY OD POLSKICH TWÓRCÓW

Zdjęcie: Justyna Bojczuk. Kliknij opis i zobacz instagram bo.jczuk


Prezenty świąteczne przeważnie kupujemy w centrach handlowych, większość jest made in china. Niestety są to przedmioty raczej wątpliwej jakości. Pod setkami choinek na prezent trafiają takie same skarpetki lub oklepana biżuteria. A przecież nasze podwórko jest pełne zdolnych ludzi, którzy tworzą przedmioty piękne, wyjątkowe i z duszą.

Dlatego chciałabym Was bardzo mocno zachęcić do wspierania polskich artystów i ich rękodzieła. Zwłaszcza w okresie świątecznym, kiedy mamy powód, aby obdarować bliskich wyjątkowym prezentem. Myślę, że warto dać drugiej osobie coś, co jest unikatowe i niepowtarzalne.
Przygotowałam dzisiaj dla Was, kilku artystów, którzy swoimi pracami skradli mi serce i wcale bym się nie pogniewała, gdyby pod moją choinką znalazła jedno z ich małych dzieł sztuki. Mam ogromną nadzieję, że ich prace Was zachwycą.



To właśnie Justyna zrobiła dla mnie nagłówek na mojego bloga, za co jestem jej szalenie wdzięczna. Jestem jej również wdzięczna za to, że mnie nie zamordowała za dodanie kiczowatej czapeczki Mikołaja na głowę jaka. No cóż, tak jak wyrozumiała, tak i utalentowana.

Justyny prace wyróżniają się z tłumu kolorystyką i nietypowymi kształtami (mówiąc o kształtach, mam na myśli ilustracje z serii dupa, a że to ładna dupa, to polecam zobaczyć każdemu) Zobaczcie koniecznie profil na Instagramie @bo.jczuk, a jeśli chcecie zobaczyć jej prace na żywo, to Justyna będzie na targach plakatu w Warszawie w tę sobotę 8 grudnia. 

Ilustracja: Justyna Bojczuk. Kliknij opis i zobacz instagram bo.jczuk



Krzysiu z włóczki zrobi wszystko, co tylko przyjdzie mu do głowy. Na jego Instagramie znajdziecie dziergane czapki, szaliki, makramy i cudowne (z dużym naciskiem na CUDOWNE) torby. Wszystkie te rzeczy są dopieszczone do ostatniego oczka.

Makramy będą idealną ozdobą w każdym domu, ale te torby… myślę, że to właśnie one powinny znaleźć się pod choinką. Z całą pewnością, nigdzie indziej takich nie znajdziecie. Krzysia znajdziecie na Instagramie @ondzierga

Zdjęcie: ondzierga. Kliknij opis i zobacz Instagram ondzierga 




Justyna tworzy przepiękną biżuterię. Na jej stronie znajdziecie naszyjniki, kolczyki, bransoletki i broszki, ale to nie są takie zwykłe broszki. Broszki z emalii, miedzi i srebra w kształcie ptaków! Taka biżuteria w rustykalnym stylu będzie idealnie pasować do eleganckich strojów lub zwiewnych bluzek. Mnie osobiście zachwyca ptasi motyw. Niestety, nie ma mojego ulubieńca – wróbla, ale jest dudek, chwostka, kowalik i wiele innych. Zajrzyjcie na stronę www.krupkowska.com i sami zobaczcie, jakie to piękne! 

Zdjęcie: Justyna Krupkowska. Kliknij opis i zobacz oficjalną stronę twórcy.



Pozostając w tematyce biżuterii, chciałabym wam pokazać haftowane naszyjniki, które znajdziecie na stronie https://needletwiddle.pl/. Na tych drobnych zawieszkach mających 3cm x 2,2cm, wyhaftowane są z dokładną precyzją motywy fauny i flory. Malutki haft zamknięty jest w złotej lub srebrnej obręczy, co sprawia, że zawieszka wygląda jak obraz. Warto wspomnieć, że wszystko jest haftowane ręcznie. 

Zdjęcie: needletwiddle. Kliknij opis i zobacz oficjalną stronę twórcy.




Hafty stają się coraz popularniejsze i więcej osób docenia ich piękno. To nie jest takie hop-siup, wymaga dużej precyzji i dokładności. Właśnie takie są hafty Niny. Nina ma ogromną smykałkę do haftu. Żeby wszystko było wyjątkowe, możesz zlecić zrealizowanie swojego pomysłu. Wyhaftowanie daty ślubu, imienia dziecka lub ulubionego motywu? Wszystko jest do zrealizowania. Nina prowadzi również warsztaty! Jeśli wolisz podarować komuś wrażenia, to może warto wykupić właśnie naukę haftowania. Najbliższe warsztaty odbędą się w Warszawie i Trójmieście. Jeśli jesteście więc zainteresowani, to wejdźcie na stronę https://www.troszkeroztrzepana.pl/ i dowiedzcie się więcej. 

Zdjęcie: troszkę roztrzepana. Kliknij opis i zobacz oficjalną stronę twórcy.


Prezent powinien być wyjątkowy, jak osoba, która go dostaje. Warto więc podarować coś, czego nie będzie miał nikt inny. Zakup prezentu od polskich twórców to świetny pomysł. Wspierasz uzdolnionych ludzi, którzy w swoje prace wkładają serce. To serce widać w przedmiotach, które mają duszę. A czego pozbawiona jest taśmowa produkcja w Azji.
Napiszcie koniecznie, czy rękodzieło Wam się podoba. Jeśli znasz jakiegoś artystę lub sam tworzysz, daj znać. Sztuką warto się dzielić!


Czytaj dalej »